Bilecik, komu bilecik?

Bilecik wstępu na wyścigi szosowe to pomysł zły. Dziś rzecz o tym, dlaczego nie pomoże to organizatorom wyścigów.

Zabijacie kolarstwo. Powoli, lecz skrupulatnie napędzani jedną podstawową myślą. Ideą tak starą, jak świat. Chodzi o kasę. O grube pliki euro-banknotów, które można zarobić na kibicach. Chodzi o płatne bilety wstępu w finałowych sektorach mniej lub bardziej ważnych wyścigów.

Pierwszy krok w tym kierunku został już poczyniony. W dalekiej Ameryce na ten ruch zdecydowali się szefowie Colorado Classic, następcy USA Pro Challenge, który wypadł z rozpiski przez brak sponsorów, a przez to i dolarów. Dniówka na „wjazd” na start i metę będzie wynosić od 25 do 45 zielonych. Po drodze peleton będzie można oglądać za darmo. Szczytem byłoby przecież płacenie za 20-sekundową przyjemność z obserwowania śmigającego przed naszym nosem peletonu. Choć, kto wie, na co wpadną jeszcze panowie organizatorzy...

Zobaczymy, czy w Stanach Zjednoczonych, gdzie kolarstwo mimo wszystko w dalszym ciągu jest na dorobku, pomysł połączenia kolarskiego widowiska z wielogodzinnym grillowaniem się sprawdzi. Czy znajdą się chętni. W Kolorado przewidują, że dziennie sprzedadzą około 30 tys. biletów (taaa..., powodzenia), co daje nam dzienny utarg z kibiców – nie licząc dochodów związanych ze sprzedażą oficjalnych produktów merchandising – średnio 1 050 000. Ponad bańkę. Milion razy cztery, bo tyle dni trwa wyścig, daje nam cztery. Suma spora, bez dwóch zdań w dużym stopniu łatająca budżet.

Z ankiety nie tak dawno przeprowadzonej przez belgijską gazetę "Het Nieuwsblad" wynika, że połowa z 22 organizatorów chciałaby wprowadzić obowiązkowe obilecikowanie. Koncepcja podoba się przede wszystkim tym mniejszym imprezom, które nie cieszą  się aż tak wielką medialną popularnością jak chociażby flandryjskie klasyki. Kierownictwa niektórych z tych wyścigów ledwo wiążą koniec z końcem – wystarczy popatrzeć, ile eventów w ostatnich kilku lat zniknęło z harmonogramu z powodów ekonomicznych. Rzecz zrozumiała, każdy pieniądz jest dobry i każdy cent na wagę złota.

Peleton przejeżdża po moście, obok zameczku.

fot. ASO/A.Broadway

Rodzi się jednak pytanie, czy znaczna część fanów kolarstwa rzeczywiście jest skłonna wysupłać kilka razy w roku 5 euro, jak to się dzieje w Nokere-Koerse na ostatnich 30 kilometrach, by podziwiać z bliska szosowców. Śmiem wątpić. Z tej prostej przyczyny, a ściślej kilku przyczyn:

1) większość kibiców to i tak kibice z przypadku, którzy wiedzą, czym jest ściganie, ale kolarstwem specjalnie się nie interesują; przychodzą na imprezę w regionie tak, jak przychodzi się na koncert np. Dody w wiosce X w województwie Z.

2) większość kibiców swoje przyjście uzależnia od pogody; kiedy leje, zostaje w domu. Przyjmijmy, że stawią się przy trasie, zapłacą kilka euro, zacznie padać, a organizator nawet nie będzie rozdawać głupiego kapoka. Kto przejmie koszty leczenia?

3) kibice przez duże K w sezonie i tak sporo inwestują w swój ulubiony sport. Kupują czapeczki, koszulki czy inne sportowe gadżety, które mogą się przydać też w dniu codziennym. Czy mieliby ochotę płacić za sam wyścig nawet wtedy, kiedy organizator będzie tłumaczył,  że ratują w ten sposób historyczne ściganie? Wątpię.

4) kolarstwo od samego początku stało się synonimem „darmochy” w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Dzięki temu zbudowało też swój image, który bazuje na bliskości i sąsiedztwie do kibiców. Można przyjść do wioski, pooglądać rowery, zdobyć autograf, nieraz pogadać, popstrykać zdjęcia, potem wywalczyć sobie miejsce tuż przy barierkach i czekać cztery godziny na finisz. Na tym polega magia tego sportu.

Fascynację tę zabierzemy jednak poprzez bileciki, bo kolarze staną się sportowcami na wyłączność niczym w NBA czy nawet drugiej niemieckiej Bundeslidze, gdzie w kilku klubach trzeba płacić za samą możliwość oglądania treningów. Gdy jedna z odpowiedzialnych za Tour of Belgium osób mówi, że należy zmienić mentalność kibiców i przyzwyczaić ich do faktu, że za widowisko na rowerach trzeba płacić, temu panu chciałoby się pokazać tylko jeden gest: pukającego o głowę palca.

Bo nie mentalność kibiców wymaga reformy, tylko mentalność niektórych organizatorów. Gdyby jakiś wyścig wyszedł z publiczną akcją zbierania pieniędzy na rzecz ratowania swojego istnienia, z pewnością wielu kibiców wysłałoby nieco grosza. Ci sami ludzie na sam okartowany wyścig by nie pojechali. Z zasady, nie z braku gotówki.

Płacić można za wyścigi przełajowe czy MTB, które odbywają się po zamkniętych trasach. Kilka rund, mnogość kolarzy, szybkość przemieszczania się. Tam się wiele dzieje, nie czeka się ze stoperem w ręku, nie odlicza się, kiedy przyjdzie ta chwila, gdy przez kilka sekund będę mógł krzyczeć na całe gardło. Godzina i wracamy usatysfakcjonowani do domu. Zawody błotniaków czy górali organizowane są nieraz na prywatnych areałach, mają mniej sponsorów, wpływy z biletów niejednokrotnie stanowią 50% czy więcej całego budżetu. Wyścigi szosowe rozgrywane są na normalnych drogach, wymagają zamknięcia ulic i konsultacji z ratuszem, generują niejednokrotnie zdenerwowanie po stronie mieszkańców. Władze od razu chciałaby partycypować w zyskach argumentując, że „przecież wam pomogliśmy”, niezadowolenie pana Adama, że on nie może dojechać  do domu po pracy punktualnie, bo, pal licho jest wyścig, ale jeszcze wyścig, za który trzeba wybulić, a ja z tego nic nie mam oprócz stresu, tylko by wzrosło.

peleton tour de france 2016

Dlatego też za wyścigi szosowe płacić się nie powinno. Cały czas mówi się o tym, że należy popularyzować rowery i kolarstwo, szuka się nowego segmentu „klientów”, kładzie się nacisk na młodzież. Ta teraz, by zobaczyć van Avermaeta, musiałaby wykorzystać swoje tygodniowe kieszonkowe. Tym ma właśnie być popularyzacja? Nie. Zamiast tego wszyscy zaczną się odwracać do kolarstwa plecami, a dynamika, z jaką "lokalne" wyścigi będę wykreślane z rozkładu, ponieważ nikt ich już po prostu nie będzie chciał widzieć, zacznie przypominać pędzące Pendolino.

Stąd teza następująca: kolarstwo + bilety = śmierć. Tam gdzie pieniądze, tam komercjalizacja. I choć może jest to mało logiczne, mało racjonalne w dzisiejszej sportowej karuzeli, w której rządzą zera za pierwszą liczbą, to nie zabierajmy kolarstwu tej nikłej, pozostałej jeszcze nutki romantyczności, jakim jest rywalizacja dostępna dla wszystkich. Za darmo.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

4 Comments

  1. Przemek Walczak

    9 marca 2017, 20:27 o 20:27

    ja z drzewa pooglądam chętnie, trochę sportu przed sportem

  2. cmn

    10 marca 2017, 07:11 o 07:11

    Z rajdami samochodowymi też tak było. Nikt nie spodziewał się, że można wprowadzić płatne wejście na odcinek, no bo jak? Po pierwsze rajdy zawsze były darmowe, a po drugie jak oni to upilnują, przecież na 20 km-owym odcinku kasjera z biletami zawsze można obejść. A jednak wprowadzili, zamknęli odcinki i system się sprawdza.

    Co to zmieniło?
    Jest mniej pijaczków na oesach. Dawniej jakiś Sebek brał samochód, pakował do niego 4 kolegów Krystianów i jechali. Sebek prowadził, a Krystiany piły przez całą drogę i cały rajd. Teraz Krystian jak pomyśli, że ma zapłacić 20 zł za wejście na odcinek, a te pieniądze może przeznaczyć na piwo, to wybór jest oczywisty. Wniosek: na odcinkach pozostali w większości "prawdziwi" kibice.

    Poprawiła się organizacja. Żeby ściągnąć ludzi do płatnego odcinka trzeba ich skoszarować. Pojawiły się parkingi przy dojazdówkach, a przy trasie strefy kibica (zabezpieczone, z gastronomią, toy-toyami itd.) Wady: coraz trudniej chodzić po os-ie i szukać lepszego miejsca, co jest kwintesencją rajdów.

    Czy to się sprawdzi w kolarstwie?
    Tak sprawdzi się. Jak czytam w mediach kolarskich artykuły na ten temat wszędzie widzę tę samą argumentację jak było to na początku w rajdach: przecież wyścigi były zawsze za darmo, mam płacić za obejrzenie przez kilka sekund kolarza?, przecież nie upilnują całego wyścigu, zawsze da się gdzieś wślizgnąć, to zabije kolarstwo itd.

    Proszę Państwa. Nikt nie zamknie 200 km odcinka, bo to jest niemożliwe. Zamkną i obiletują metę i najciekawsze miejsca w wyścigu, a wy będziecie za to płacić, bo nie po to jedziecie tyle kilometrów aby kibicować, żeby stać na długiej prostej 15km za startem. Każdy chce widzieć kolarzy w Lasku Arenberg, na podjeździe pod Paterberg czy Gliczarów. I jak już się podjęło decyzję, że jedziemy kibicować, to 20 zł nas od tego nie odwiedzie.

    A co z miejscowymi?
    Mieszkańcy wchodzą za darmo. Więc nie zabraknie ich przy trasie. Po drugie oni nie potrzebują stać z grupką fanatyków przy stromym podjeździe, żeby dotknąć kolarza. Im wystarczy obejrzeć peleton stojąc koło domu.

    • kolarz

      10 marca 2017, 18:16 o 18:16

      Tyle że rajd to przynajmniej kilkadziesiąt przejazdów wszystkich klas na danym oesie a wyścig to często przejazd peletonu i kilku albo ucieczkowiczów i albo maruderów. Emocje na trasie jak na grzybach ....

      • cmn

        10 marca 2017, 18:30 o 18:30

        Pierwsze 10-15 samochodów daje jakieś emocje, potem jest piknik, jak zostajesz na odcinku.
        Jednak prawdziwe kibicowanie na rajdzie wygląda trochę inaczej. Oglądasz 10 najlepszych samochodów, pakujesz się i jedziesz na następny odcinek. I tak 3-4 razy dziennie. I oczywiście za każdym razem płacisz, chyba, że masz pakiet na dni.

%d bloggers like this:

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: