Recenzja: Yellow Jersey Racer

Recenzja biografii jedynego amerykańskiego zwycięzcy Tour de France: "Greg LeMond: Yellow Jersey Racer".

Dla wielu lata 80. ubiegłego wieku to jeden z najpiękniejszych i najlepszych okresów w historii kolarstwa. To w tamtym czasie na szosach całej Europy stawali naprzeciwko siebie "tytani szos", tytuł być może nieco pretensjonalny, ale patrząc na ten okres z perspektywy jakoś ciężko z nim polemizować albo znaleźć lepszy odpowiednik. To były ostatnie i pełne miłości tchnienia romantycznego kolarstwa, nie splamionego jeszcze dopingiem krwi, nie zmechanizowanego przez wszechobecne pomiary i technologię. Był to też czas, gdy do hermetycznego europejskiego zaczęli napływać utalentowani kolarze spoza Starego Kontynentu. Jakby nie patrzeć, kolarstwo jakie znamy obecnie jest dzieckiem jaskrawych lat 80. Jeżeli wskazać kogoś, kto w tę jaskrawość i nadchodzące zmiany wpisywał się najlepiej, byłby to Amerykanin Greg LeMond.

Guy Andrews, angielski dziennikarz i założyciel magazynu Rouleur, postanowił zmierzyć się z legendą jedynego (oficjalnego) zwycięzcy Tour de France ze Stanów Zjednoczonych. "Greg LeMond: Yellow Jersey Racer" to zbiór wypowiedzi 13 ludzi, którzy pracowali i ścigali się z LeMondem. Wśród nich znajdziemy legendy jak Seana Kelly, Stephen Roche, Robert Millar, kolarzy zza Wielkiej Wody: Rona Kiefela, Phila Andersona, Jeffa Bradleya czy Kenta Gordisa, ale również kolegów z drużyn Johana Lammertsa i Chrisa Boardmana. Nie zabrakło też wspomnień soigneurs Otto Lacome i Shelley Verses. Całość poprzedza wstęp napisany przez samego zainteresowanego, a niuanse epoki przybliżane są przez Andrewsa.

Poza niesamowitym zbiorem historii przybliżających drogę LeMonda z Ameryki ku podium na Polach Elizejskich w Paryżu, z książki dosłownie wylewają się genialne fotografie. Wybrane spośród tysięcy fotografii przez autora ukazują niesamowitą karierę trzykrotnego zwycięzcy. Pokazują też, jak bardzo zmienił się wówczas świat. Historia LeMonda zaczyna się od czarno-białych zdjęć, a kończy na kolorowych zdjęciach i pięknych, artystycznych ujęciach.

Tytuł książki wprost sugeruje główny szlak, jakim będziemy się poruszać: Tour de France. Nic dziwnego, to największy wyścig kolarski i to właśnie ze słynnej potyczki z Hinault w 1986 roku i legendarnych 8 sekund LeMond jest najbardziej znany. Lata 80. były czasem, kiedy uniwersalność powoli ustępowała specjalizacji. LeMond, chociaż starał się jak mógł wygrać Monument, nigdy tego nie dokonał. Wspomnienia w poszczególnych rozdziałach jakby mimowolnie krążą w okół Tour de France 1986 i opery mydlanej z Hinault. Czasem odnosi się, że niemal każde wydarzenie może zostać odniesionego do tamtych lipcowych dni. Daje to oczywiście ciekawe i często nowe spojrzenie na tamte lipcowe dni sprzed 31 lat, ale aż chciałoby się poczytać o wielkiej miłości LeMonda do bruków i pościgu za Monumentem. Pozostawia to pewien niedosyt, który na szczęście szybko niwelowany jest przez to, że całość jest naprawdę fenomenalna.

Na koniec pojawiły się zdjęcia i opisy rowerów, na których LeMond odnosił swoje sukcesy. Przeskok technologiczny od pierwszego do ostatniego jest widoczny od razu, ale tym co najbardziej zaskakuje jest fakt, że wiele ram było używanych nie tylko przez kilka sezonów, ale również przemalowywanych w barwy kolejnych drużyn. Dodatek o rowerach w książce o kolarstwie jest czymś tak wydawałoby się oczywistym, a mimo to, jest to pierwsza biografia, w której coś takiego znalazłem!

"Yellow Jersey Racer" to książka nie tylko o LeMondzie, ale o pięknie kolarstwa. O przyjaźniach, o historiach, krajobrazach i walce ze swoimi słabościami. O wszystkim, za co kochamy ten sport.

Liczba stron: 304
Język: angielski
Wydawca: VeloPress
Rok wydania: 2016
Format: okładka twarda

Książka została przekazana do recenzji przez wydawcę.

If you have found a spelling error, please, notify us by selecting that text and pressing Ctrl+Enter.

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: