Jak Grom z polskiego nieba

Zaraz na nas ruszą: „Zazdroszczą! Nie wierzą w polskie kolarstwo! Gdzie ich patriotyczna postawa? Podejrzany element!”. – O co chodzi? O pewien tajemniczy twór, który nazywa się „Grom”. A konkretnie Narodowa Grupa Kolarska GROM. Brzmi jak oddział wojskowy.

Fakt, Grom, tak się przecież nazywa słynna jednostka do zadań specjalnych polskiego wojska. Grupa na tyle elitarna, że tajna. Od teraz Grom po kolarsku będzie nam się kojarzyć z jednym: z zespołem zainicjowanym przez Jacka Gardego, człowieka zasłużonego dla polskiego ścigania. Kiedyś sam jeździł, a od wielu lat pracuje w obsłudze. Często za kółkiem technicznego Mavica, ostatnio prowadził kosmiczny autokar CCC.

Projekty narodowe nie są niczym nowym na kolarskiej mapie świata. Takim był po części Rabobank i Euskaltel, takimi też są kazaska Astana czy rosyjska Katusha. Bojowy Grom jakby zapożyczył nazwę od rosyjskich armat. Spoko, można i tak. Problem zasadniczy polega na tym, że Katusha dysponuje mnóstwem kasy, wsparciem takich potentatów jak Gazprom, za którym stoją rządowe osoby, Astana może liczyć na dotacje państwowe, a Grom… No właśnie, Grom na razie nie ma nic. Zero. Jedyne dobre chęci, nadzieje i pewien pomysł na drużynę, która, jakże by inaczej, ma zawojować w przyszłości Tour de France. Każda grupa wyrastająca na polskim ogródku za punkt honoru stawia sobie występ w „Wielkiej Pętli”. Typowe. Można się przyzwyczaić.

Grom i Gardy oprócz koncepcji nie mają nic, a mimo to prezentacja odbyła się. W Warszawie przedstawiono nie drużynę, a projekt. Nie było nas, relację znamy z Internetu i opublikowanych zdjęć. Stawili się ważni i ważniejsi polskiego kolarskiego światka. Super sprawa. Kolejna okazja do rozmów, pogaduch, co tam u ciebie słychać stary, itd. Było biało-czerwono, narodowo, jakbyśmy ponownie świętowali 11 listopada. Wstaniemy, nie giniemy.

Czy jest jednak sens organizowania szeroko zakrojonej prezentacji bez podawania szczegółów? Sponsorów nie ma – poszukiwania trwają. Zawodników nie ma – ich prawdopodobnie również się szuka. Jest rower, ale zamiast Colnago – przynajmniej jego logo widnieje na niebieskich koszulkach – pokazano Guerciotti, na którym jeżdżą „Cycki”. Sama barwa trykotu przypomina nieco Wibatech oraz dawny Knauf czy Astanę. A logotyp „Grom” jest  zapożyczony od Mavica. Oficjalna strona internetowa wygląda jak wycinek kursu dla przedsiębiorców i została wypełniona pustymi sloganami: wyniki, profesjonalizm, infrastruktura, promocja. No comments.

I wszystko to można by zdzierżyć, można by machnąć na to półprofesjonalne zachowanie, by nie użyć innego słowa, ręką. Można się cieszyć, że Gardemu się chce, że nie stoi bezczynnie, że kombinuje. Tylko po co pchać się przed szereg? Po co mówić w połowie listopada o projekcie, który być może w ogóle nie wystartuje? Przepraszam, ale czy głośno mówimy o ewentualnym zespole tylko z tego względu, żeby akwirować potencjalnych sponsorów? Serio? Ten biznes działa chyba inaczej, każdy biznes działa inaczej.

Pierwszy lepszy domokrążca wie, jak wydębić kasę od klienta. Gadka-szmatka, sąsiad już kupił, sąsiad poleca ten fantastyczny produkt, ten mop klasy pierwszej. Mieć coś w ręku. Klient popatrzy, zastanowi się, zbije cenę, kupi. A teraz wyobraźmy sobie, że przed drzwiami stoi Gardy i mówi o projekcie Grom. Może przedstawić tylko ideę, wymieni kilku mniejszych darczyńców, a na pytanie, kto u was będzie jeździł, odpowiada: nie wiem. Klient zatrzaskuje drzwi. Bo nie ma produktu. Ma jedynie wizję produktu, za wizję jednak nikt nie zapłaci.

Musimy się dobrze zrozumieć. Nie chcemy zabierać wiatru z żagli Gardego, niech mu się powiedzie. Jak zwykle w takich kwestiach jakieś „ale” są. Wydaje się, że w obecnej sytuacji projekt ten ma nikłe szanse na powodzenie. Ile to już było nad Wisłą grup kolarskich? Jedne powstawały, drugie się rozwiązywały. Kolarstwo to jest biznes, kolarstwo to jest szmal, w dzisiejszym kolarstwie nie ma miejsca na romantyzm. Katusha i Orica nie zostały zmontowane, bo myślano przede wszystkim o rodzimym kolarstwie. Myślano o robieniu pieniędzy, ściągnięto utytułowanych zawodników i dokooptowano do nich młodych zdolnych krajanów. Nawet w pierwszym roku działalności takiego IAM Cycling trzon stanowili: Szwed, Włoch i „kangur”.

O kogo Gardy chce oprzeć skład Gromu? Nasi stagiaire jeżdżą za granicą i nie chce im się wracać. Wróciliby, gdyby zaoferowano im dobry kontrakt, dobrą organizację teamu i dobry kalendarz. A wszystkie te elementy bez finansów nie są do zrealizowania. Czy dostęp do tych finansów jest? Nada. I po jakiego grzyba musimy wszystko ubierać w kostium narodowy? Co będzie, kiedy zgłosi się sponsor z kapitałem niemieckim czy francuskim… Co wtedy?

Teoretycznie powinniśmy zarzucić pomysł. A czy budowanie Gromu – tego narodowego projektu numero uno – na bazie utalentowanej polskiej młodzieży, wariant całkiem możliwy, ma sens? Zamiast Gromu, Gromek? Ile lat wytrzymał Chrobry w trzeciej dywizji? Dwa? Drużynie, która chce sięgać gwiazd, nie przystoi status kontynentalny. Trzeba od razu przymierzyć się do Pro-Conti, do WorldTouru. Biednych tam jednak nie przyjmują.

Tak gwoli prawdy to większość tzw. projektów narodowych mających promować własne kolarstwo promuje jedynie pojedynczych sponsorskich magnatów. Ilu w Katushy jest teraz Rosjan? Ilu w Astanie Kazachów? Śmiech na sali. Gdzie w hierarchii obecnie stoi kazaski czy rosyjski cycling – wiadomo. Więc może lepiej byłoby spróbować zmontować rzeczywiście „Gromek” i na „Gromek” znaleźć ofiarodawców. Wtedy trzecia liga wystarczy, młodzież mogłaby się ościgać w Europie i pójść śladem ekipy Joker. Tylko czy ktoś będzie chciał łożyć na Gromek? Czy musi być od razu wielki Grom? Bo jeśli tak, tę inicjatywę powinno się utrzymać w tajemnicy i w międzyczasie poszukiwać chlebodawców. Przekonywać za kulisami, walczyć o generalnego sponsora, który mógłby dźwignąć w pierwszych latach cały program, a nie wychodzić od razu do mediów i skandować: jest Grom! Jest Grom! No i co z tego? Gromkich braw nie będzie. Byleby się nie skończyło w myśl przysłowia „z dużej chmury mały deszcz”.

banner