Oferta last minute: do Rio na wczasy

Redakcyjny komentarz do zamieszania wokół wyboru reprezentantki Polski w konkurencji omnium podczas igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro.

Małgorzata Wojtyra nie wystartowała na igrzyskach olimpijskich. Anonsowana do startu w omnium zawodniczka w przeddzień zawodów poinformowała, że Polski Związek Kolarski (PZKol) nie wystawił jej w koronnej konkurencji. Wojtyrę zastąpiła 19-letnia Daria Pikulik, mistrzyni Europy i świata juniorek (2015) i wicemistrzyni świata orliczek (2016).

PZKol od momentu podania składu kadry zaznaczał, że w omnium wystąpi jedna z dwóch wpisanych na listę zawodniczek, o czym przypominał 14 sierpnia na antenie Telewizji Polskiej prezes Związku Wacław Skarul. W oficjalnym komunikacie zarówno Wojtyra, jak i Pikulik, figurują w konkurencjach wyścigu drużynowego na dochodzenie i omnium. Kwalifikacja olimpijska imienna nie była, więc, co do litery, decyzja jest nie do zakwestionowania - trener kadry Grzegorz Ratajczyk w porozumieniu z prezesem podjęli decyzję i postawili na Pikulik.

Skąd zatem nasze redakcyjne odczucia zebrane w felieton? Tekst miał ukazać się w dniu startu omnium, jako że sprawa była "świeża". Po naradzie w redakcji stwierdziliśmy, że, w myśl zasady "po pierwsze nie szkodzić", publikację odłożyliśmy do zakończenia zmagań w omnium, by nie dolewać oliwy do ognia. Felieton przygotowany wspólnie jest w naszej redakcji rzadkością, a powstał, ponieważ sytuacja dotyczy reprezentantów kraju na najważniejszej imprezie sportowej czterolecia. Co gorsza, konflikt pokazał brak profesjonalizmu kierownictwa naszego Związku na oczach całej Polski.

Rio last minute

Niesnaski co do miejsc w kadrze - były, są i będą. Żeby była jasność - Polska nie jest na tym polu wyjątkiem. W kadrze Wielkiej Brytanii pretensje o brak miejsca w wyścigu drużynowym na dochodzenie zgłaszał sam Mark Cavendish. Tam sytuacja przedstawiała się jednak zgoła inaczej - British Cycling posiadał trzy miejsca na czterech zawodników generujących moce na poziomie Bradleya Wigginsa. A co za tym idzie, przywilej wyboru asów. Cavendish dla startu w igrzyskach poświęcił końcówkę Tour de France, miejsca nie otrzymał i też dowiedział się o tym w przeddzień startu. Na łamach prasy wyraził swoje niezadowolenie, jednocześnie okazując zrozumienie dla takiej decyzji. Jego głównym celem było omnium, więc brak startu w drużynie nie stanowił końca świata. "Cav" poza tym przez cały okres kwalifikacji nie był motorem brytyjskiej czwórki. Na bieżąco był informowany, że w wyścigu na dochodzenie raczej nie wystartuje, a jego rola ograniczała się do funkcji rezerwowego.

Sytuacja w polskiej kadrze była zgoła odmienna. Do Rio zabrano dwie zawodniczki, które na miejscu miały się eliminować. Problem w tym, że nie przedstawiono żadnych kryteriów kwalifikacji, co podpowiada, że decyzja zapadła dawno temu w Warszawie. Tu warto przypomnieć, że z igrzysk wykolegowano wielokrotną mistrzynię świata na torze Katarzynę Pawłowską, która trenuje poza Związkiem. "Obcym", spoza związkowego układu jest również Wojtyra. Ta do Brazylii poleciała i na otarcie łez miała pojechać w nic nie znaczącym trzecim wyścigu na dochodzenie. Plan się rypnął, gdyż w drugim wyścigu drużyna złamała przepisy i została zdyskwalifikowana. Wojtyra z miejsca stała się balastem, z którym nie wiadomo było co począć.

Co zrobili działacze związkowi? Nic. Wzięli na przeczekanie. W ostatniej chwil zgłosili do omnium Pikulik, pozostawiając Wojtyrę samą sobie, mając głęboko gdzieś, że zawodniczka do najważniejszej imprezy w karierze przygotowywała się przez cztery lata, kosztem zdrowia i życia prywatnego.

To nie był Puchar Polski, do którego trenuje się przez miesiąc czy dwa, to są wyjęte całe lata, lata ciężkich treningów, wyrzeczeń i emocji. Startów, upadków i sukcesów. To nie był wybór pomiędzy Stevenem Burkiem i Markiem Cavendishem, którzy od lat reprezentują kraj w kadrze zawodowej i mają już po ileś medali. To był wybór między zawodniczką, która sama wywalczyła kwalifikację na igrzyska i pokazała, że potrafi na najważniejszych imprezach rywalizować z najlepszymi, a koleżanką o fantastycznych wynikach w kategoriach młodzieżowej i juniorskiej, ale bez doświadczenia, dopiero rozpoczynającą przygodę na światowych welodromach.

Igrzyska to projekt długofalowy, w kontekście którego ustalenia dotyczące startu i przygotowań zapadają i zapadać powinny z dużym wyprzedzeniem. Program przygotowań do tak ważnej imprezy oparty musi być na precyzyjnym określeniu celów, przygotowaniu na nie nakładów i realizacji założeń w komfortowej atmosferze, dzięki czemu zawodniczka nie jest zżerana wątpliwościami do ostatniej chwili. Wybierać skład przed zawodami spośród kilku reprezentantek można w momencie posiadania większej ilości asów w danej konkurencji. Polski Związek Kolarski tego komfortu w omnium po prostu nie miał.

Komunikacja

A właściwie jej brak. Nie chcemy być źle zrozumiani - jesteśmy całym sercem za tym, aby młode zawodniczki, będące przyszłością polskiego kolarstwa torowego, zbierały cenne doświadczenie. Przy całym szacunku dla olbrzymiego talentu Darii Pikulik, jej osiągnięć w kategorii młodzieżowej i juniorskiej, a także znakomitych prospektów na przyszłe lata, dziewczyna ma całe cztery lata na "swoją" olimpiadę. Co więcej, decyzja o postawieniu na młody talent mogła się obronić, gdyby została zakomunikowana przed wylotem na daleki kontynent i poparta uczciwymi argumentami.

A jak to się odbyło? Zawodniczka twierdzi, że "nie było żadnej informacji", prezes Związku zapewnia, że o sprawie rozmawiano na GP Polski i ostateczną decyzję podjąć miał trener kadry na miejscu. Trener temu zaprzecza. Precyzuje, że decyzję podjął wspólnie z prezesem, a poza tym to Wojtyra jest minimalistką. Całość nijak się nie składa i kompromituje Związek. Tak mogą tłumaczyć się dzieci w przedszkolu, nie ludzie zajmujący się sportem wyczynowym na najwyższym poziomie.

Trener kadry obrażony na zawodniczkę i zły na pana prezesa, bo na jego barki zrzucił ten przykry obowiązek, za "pięć dwunasta" wyburczał Wojtyrze, że nie pojedzie. Bez uzasadnienia decyzji, a nawet bez krótkiego słowa "dziękuję" za wiele miesięcy przygotowań i zgłoszonej gotowości do startu. Trudno się nie dziwić rozgoryczeniu zawodniczki, została potraktowana jak nic nieznaczący trybik w wielkiej  maszynerii, który można w każdej chwili wyrzucić na śmietnik. Tu już nawet nie chodzi o kwestię sportową, ale zwykły ludzki odruch przyzwoitości. Nasza kolarska młodzież przygląda się takiemu zachowaniu "autorytetów" i wyciąga wnioski.

Halo!  Czy leci z nami prezes?

Należy również postawić pytanie, czy decydenci zastanowili się nad tym, że wybierając Pikulik wyświadczą Bogu ducha winnej całemu zamieszaniu zawodniczce niedźwiedzią przysługę? Na pierwszym planie mamy dramat jednej z najbardziej doświadczonych i utytułowanych polskich kolarek torowych, z drugiej strony, w jakiej sytuacji postawiono dziewczynę wybraną w jej zastępstwie? Czy przez lata kojarzona ma być z aferą na igrzyskach i wskazywana palcami jako "ta, która Wojtyrę wysłała do domu"?

A przecież Daria nikogo do domu nie wysyłała, tylko odpowiedzialny za organizację kadry Polski Związek Kolarski. Co robił na igrzyskach prezes Skarul? Czy nie pomylił ról mu wyznaczonych? Całymi godzinami produkował się na antenie telewizyjnej (skądinąd w kwestiach rywalizacji na torze bardzo kompetentnie), nie znajdując przez tyle dni wspólnego pobytu czasu na rozmowę z Wojtyrą. Unikał dziewczyny? Zabrakło mu odwagi, aby spojrzeć jej w oczy i szczerze przedstawić sytuację? Któż jak nie prezes powinien dbać o dobrą atmosferę w reprezentacji, starać się gasić konflikty, potrafić odpowiednio zakomunikować trudne decyzje, pracować nad tym, aby każdy z osobna czuł się podmiotowo w kadrze. Prezes się schował.

Co by tu spieprzyć, panowie?

Wobec mizernego dorobku polskiego sportu w Rio, nasz związek jako jeden z nielicznych mógł powrócić do kraju z tarczą. Znakomite wyniki szosowców zbudowały w społeczeństwie pozytywny wizerunek  kolarstwa, cóż z tego, gdy sprawa Wojtyry w jednej chwili to zaprzepaściła. Utrudni zdyskontowanie sukcesów, chociażby w nowych sponsorów - "jeszcze jedno królestwo leśnych dziadków" - zakonotowali ludzie w pamięci. Władze PZKolu nie stanęły na wysokości zadania, a błędy zostały popełnione na długo przed Rio. W Brazylii zostały tylko zebrane zgniłe tego owoce.

Tak swoją drogą, można odnieść wrażenie, że niektórym zagrzały się głowy od sukcesów polskiej torowej młodzieży. Już przypinaliby sobie ordery i wręczali premie za przyszłe zwycięstwa na największych arenach sióstr Pikulik czy Kaczkowskiej. Panowie chyba zapomnieliście, że sport młodzieżowy od dorosłego dzieli przepaść, więc na razie powstrzymajcie swoje chciejstwo.

Budowa systemu szkolenia i pomoc talentom w osiągnięciu szczytu to droga trudna i na razie jeszcze niezbadana, szczególnie jeśli chodzi o ową "przepaść" - przejście z kategorii juniorskiej do młodzieżowej i/lub elity. Polski Związek Kolarski nie ma na tym polu chwalebnych dokonań - polscy zawodnicy i zawodniczki osiągający sukcesy na arenach międzynarodowych nie są produktami precyzyjnych planów działaczy Związku, a efektem talentu, pracy, nakładu sił pojedynczych osób i wyjazdu na wczesnym etapie kariery za granicę, gdzie otrzymali szansę pełnego rozwoju. Łatwość w podpinaniu się pod sukcesy biało-czerwonych powinna zatem iść w parze z umiejętnością wzięcia odpowiedzialności za podejmowane decyzje, a nie zamieniać się w medialnego ping-ponga.