Etap dla biegaczy

Van de Val

W pewnym filmie z Tomem Hanksem padła legendarna fraza: 'run Forrest, run'. I Forrest biegł przed siebie. Chris Froome biegł dzisiaj nie tyle przed siebie, ile w kierunku Ventoux. Bez roztrzaskanego roweru.

Etap numer dwanaście Tour de France był „dramatyczny”, „chaotyczny”, był też „epicki”. W internetach pojawiły się przeróżne nagłówki próbujące opisać to, co działo się na finałowym podjeździe. Nie był jednak ani dramatyczny, ani chaotyczny. Był po prostu dowodem głupoty niektórych kibiców oraz niekompetencji organizatorów.

Nie dość, że czwartkowy odcinek musiał zostać skrócony ze względu na wiatr, to jeszcze w finale musiało dojść do tak wielkiego bałaganu. Richie Porte walnął w motocykl jadący przed nim, bo ten ostro hamował. Wina prowadzącego? Nie, nie tym razem. Może rzeczywiście dystans między nim, a trójką kolarzy był za mały, co nie zmienia jednak faktu, że musiał się zatrzymać. Z tej prostej przyczyny, że wyrosła przed nim ściana. Ściana fanów bądź „fanów” kolarstwa.

Biegnący obok kolarzy kibice, trzymający w ręku flagę, do połowy rozebrani, wykrzykujący to czy tamto, nie dziwią już nikogo, a tym bardziej nie dziwią w trakcie Touru. Obrazek ten stał się normalnością na tyle, że prawdopodobnie wszyscy zapomnieli o ryzyku z tym związanym. Wystarczy, że biegacz się potknie i wpadnie na trasę. Kraksa gotowa. Wystarczy, że flaga, niekoniecznie Kolumbii, wplącze się w szprychy koła np. Froome’a. Upadek gotowy. Wystarczy, że ktoś będzie chciał strzelić sobie selfie, za bardzo się zbliży i za daleko wyciągnie rękę. Karambol gotowy. Wystarczy, że dwudziestu luda postawi się na podjeździe tamując drogę i nie chcąc ustąpić. Nieszczęście gotowe.

Jak widać, kibiców incydenty sprzed dwóch lat, sprzed roku niczego nie nauczyły. Nie nauczyły też dyrektorów wyścigów. Nie ma poszanowania dla tych, którzy kręcą na rowerach. Ci dają się opluwać, wysłuchują przekleństw na swój temat. Oczywiście, znakomita większość sympatyków kolarstwa jest inna. Sprezentują kawałek pizzy, dadzą łyk piwa, grzecznie podopingują, udostępnią swoją przyczepę w wiadomym celu. To są prawdziwi kibice, którym wizerunek psują właśnie ci  typu „ja-chcę-pooglądać-i-chcę-być-blisko-bo-mogę”.  Za wszelką cenę, po trupach, po kolarzach. Widzieć, dotknąć, pomacać. To się liczy, a że ktoś przez nas zaraz położy się jak długi na asfalcie, już nie.

Sędziowie podjęli jedyną słuszną decyzję uznając Froome’owi i Porte czas Bauke Mollemy. Nawet gdyby wypadek nie wydarzył się na ostatnich chronionych trzech kilometrach, musieliby taką decyzję podjąć w imię zasady fair play oraz dla ducha sportu. I też, by ratować ludzi z ASO, którzy popełnili błąd nie ustawiając barierek - tłumaczyli się, że przez wiatr nie mogli -, chociaż można było się spodziewać, że przez skrócenie etapu w końcówce nagromadzi się tylu widzów, że nie będzie gdzie szpilki włożyć. Zawodnicy nie mogą być pociągani do odpowiedzialności i karani za naganne zachowanie „kibiców” i brak przewidywalności organizatorów. Szkoda jedynie, że ci są bezkarni. Chociaż gdyby wiedzieli, co zrobiłby z nimi Nacer Bouhanni...

I chciałbym głęboko wierzyć, że gdyby podobny wypadek przystopował Quintanę czy Yatesa, jury postąpiłoby tak samo. Nawet gdyby leżał tylko Mollema.

If you have found a spelling error, please, notify us by selecting that text and pressing Ctrl+Enter.

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: