Sprintem z ziemi polskiej do włoskiej

Włoch polskiego pochodzenia. Polak z włoską licencją. Urodzony w Polsce. Określeń na Jakuba Mareczko jest wiele. Każdy chce podkreślić, że teraz w Turcji wygrywał poniekąd nasz człowiek, tylko z innymi papierami, pod obcą banderą. A tak wcale nie jest.

Bo w Tour of Turkey, czy wcześniej w Argentynie, w Malezji czy w Chinach po etapowe zwycięstwa sięgał nie Polak Mareczko, tylko Włoch Mareczko. Człowiek wychowany w Italii, który przeszedł tam całą kolarską - i życiowa - socjalizację. Na Płw. Apeniński wyjechał z małego Jarosławia jeszcze dziecięciem będąc i wcale wtedy nie myślał, że kiedyś, za lat piętnaście będzie ścigał się w zawodowym peletonie i kosił kolejne etapy. Jak każdy w tym wieku oglądał zapewne Gumisie w telewizji na Dobranoc, a nie informacje sportowe.

Oczywiście, Mareczko to sprinterski talent pierwszej wody. We Włoszech się na nim poznano, dano szanse, wierzono w niego, motywowano, podnoszono na duchu. Pytanie, czy również w Polsce ten diamencik zostałby odkryty. Zważywszy na szwankujący system szkolenia i scoutingu w latach sprzed Ponferrady, Mareczko raczej gdzieś zaginąłby w administracyjnym gąszczu i bałaganie. A gdyby nawet zdołał się przebić i wpadłby w oko tego czy tamtego trenera, niekoniecznie musiałby się tak wspaniale rozwinąć, jak się rozwinął. Nie oszukujmy się, znakomita większość włoskich wyścigów dla amatorów stoi na znacznie wyższym poziomie niż nasze imprezy.

Pomijając już ten fakt „gdybania”,  przypadek Mareczko dokumentuje jeden poważny aspekt, aspekt i problem, z którym polskie kolarstwo od lat, od Zbyszka Sprucha nie może się uporać. Brakuje nam rasowego sprintera. Jest allrounder Kwiatkowski, który w rywalizacji z naprawdę szybkimi tego globu stoi na przegranej pozycji. Są górale Majka, Poljański czy Niemiec. Są czasowcy Białobłocki czy Bodnar. Nie ma sprintera światowego czy nawet europejskiego formatu, który byłby w stanie stawić czoło takiemu Greipelowi czy choćby Modolo. Owszem, widzimy dobrze radzących sobie Stępniaka, Latonia, obserwujemy wszechstronnego Franczaka, ale to nie ten sam level co taki Mareczko, którym polski związek podobno bardzo późno się  zainteresował. Całe szczęście, bo „transfer” byłby mało uczciwy. Kadra skorzystałaby jedynie z pracy innych, a nie na tym rzecz polega.

Bolączkę, z jaką się zmagamy, już dawno rozpoznała federacja. Kiedy wprowadzono w życie mistrzostwa kraju w kryterium argumentowano, że dzieje się tak, ponieważ trwają poszukiwania właśnie takiego sprintera. Pech chciał, że pierwszą edycję mistrzostw wygrał Komar. Tak, tak, prawdziwy sprinter młodego pokolenia... MP w kryterce były pomysłem chybionym, nic niewnoszącym, ponieważ jak sprinterów nie było, tak ich nadal nie ma.

Dlatego tak z tęsknotą spoglądamy na Mareczko i myślimy: „kurcze, co byłoby, gdyby jeździł w orzełkiem na piersi”. Tak się jednak nie stanie. I bardzo dobrze. W przeciwieństwie do "Kwiato" czy Majki, którzy sportowo wychowali się w Toruniu czy Krakowie, lecz kolarstwa nauczyli się na zachodzie, Mareczko już sportowe szlify zbierał we włoskiej Brescii. Jest więc produktem tamtejszej szkoły, myśli trenersko-taktycznej. Mareczko jest mówiącym również po polsku włoskim kolarzem, włoskim sprinterem odnoszącym sukcesy we włoskim trykocie. Niech ich odnosi jak najwięcej.

Czy Polska będzie miała własnego Mareczko? On na pewno już gdzieś jest. Trzeba go znaleźć. Nie poprzez kryterki, tylko poprzez porządne rozpoznanie. A potem wyspecjalizować, motywować, wierzyć, wysyłać na zachód, by się ograł, dawać szanse. Tak, jak dawano Kubie. Wtedy będzie można pisać: polski sprinter.

If you have found a spelling error, please, notify us by selecting that text and pressing Ctrl+Enter.

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: