Paryż-Roubaix 2016: eksplozja Haymana, upadki Cancellary, zadowolenie Boonena

Matthew Haymana zna każdy. Australijczyk, który zawodową karierę rozpoczynał w 2000 roku w Rabobanku, zawsze był człowiekiem od czarnej roboty. Pomagał, wiózł swoich kapitanów. W niedzielę wybiła jego godzina. 37-latek wygrał nie byle jaki wyścig – Paryż-Roubaix.

Hayman, od dwóch lat jeżdżący w koszulce Orica-GreenEdge, jest największą sensacją od Johana Vansummerena w 2011 roku. Co prawda Hayman już wcześniej czternaście razy startował w „Piekle Północy” (ósmy w 2012 roku), wskakiwał na podium innych wiosennych klasyków jak Omloop Het Nieuwsblad (2011) i był tuż poza pudłem jak w Gandawa-Wevelgem (2009), ale nikt nie miał go na radarze.

Nie mogę uwierzyć w mój sukces. Pięć tygodni temu złamałem kość promieniową, nie ścigałem, wróciłem do peletonu w zeszłym tygodniu w Hiszpanii. Roubaix jest moim ulubionym wyścigiem. Zawsze marzyło mi się, by go wygrać

– mówił Hayman, który jest w ogóle drugim „kangurem” w historii po Stuarcie O’Grady’m, który sięgnął po kostkę.

Po ataku na odcinku Carrefour de l`Arbre Sep Vanmarcke kręcił w pojedynkę w kierunku mety. Ostatecznie jednak uplasował się na czwartym miejscu.

Było chyba widać, że na bruku byłem najmocniejszy. Ale w finałowym sprincie zabrakło mi w nogach. Kiedy w końcówce zaatakował Tom Boonen i tylko Hayman za nim pojechał, było już po ptokach. Znalazłem się w bardzo ciężkiej sytuacji. Udało mi się jeszcze w ostatniej chwili dociągnąć do czołówki, jednak kosztem sił

– tłumaczył 27-letni Belg z zespołu LottoNL-Jumbo.

Wspomniany Boonen, dla którego tegoroczna edycja "Piekła" prawdopodobnie nie była ostatnią w karierze, przegrał sprint na welodromie i zadowolić się musiał drugim miejscem.

Dałem z siebie wszystko, jestem z siebie dumny. Nie popełniłem na ostatnich metrach żadnego błędu. Miałem jednak pecha, że obok mnie kręcił Vanmarcke, brakowało mi miejsca

– powiedział „Tornado Tom”.

Belg dodał:

Przede mną kilka dni wolnego, znajdzie się czas aby przemyśleć sprawy, które wydarzyły się w ciągu ostatnich czterech miesięcy. Nie widzę teraz jednak powodu, dla którego  nie powinienem wrócić tu w przyszłym roku.

Tuż  za zawodnikiem drużyny Etixx-Quick Step linię mety przekroczył Ian Stannard. Dwukrotny zwycięzca OHN (2014, 2015) i trzeci kolarz tegorocznego E3 Harelbeke podobnie jak cała jego ekipa Sky w dalszym ciągu czekać czekać musi na pierwsze zwycięstwo w monumencie.

Z jednej strony się  cieszę z podium, z drugiej strony wiem, że było blisko. Było blisko, a równocześnie tak daleko. Może za rok się uda? Podążam w dobrym kierunku, brakuje mi jeszcze dwóch odpowiednich kroków

– oceniał 28-letni Brytyjczyk.

Pechowcem dnia był Fabian Cancellara. „Spartakus”, żegnający się po tym sezonie z peletonem, chciał po raz czwarty triumfować w Roubaix. Upadek na 60 km do celu zniweczył jego plany. O mały włos, a oprócz Szwajcara leżałby też  mistrz świata Peter Sagan (Tinkoff), zwycięzca tegorocznej Ronde van Vlaanderen.

Dzień zaczął się dobrze, zakończył się źle. Już wcześniej mówiłem, że w Roubaix potrzebujesz też szczęścia, którego nie miałem

– stwierdził lider teamu Trek, który na ostatniej, honorowej rundzie na torze ponownie upadł trzymając w ręce flagę Szwajcarii.

W przeciwieństwie do Cancellary ze swojej jazdy zadowolony był Edvald Boasson Hagen. Norweg w służbie Dimension Data wywalczył piątą lokatę.

Wcześniej reagowałem i kontrowałem na większość ataków, dlatego też straciłem nieco energii. Miejsce wyższe niż piąte nie było dzisiaj możliwe. Może w następnych latach uda mi się wygrać. Samo podium mnie nie satysfakcjonuje

– oznajmił 28-latek.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: