Narodziny „Flandryjskiej Piękności”

103 lata temu odbyła się pierwsza edycja Ronde van Vlaanderen.

Wyścig uważany dziś za jeden z pięciu monumentów kolarstwa świętuje w tym roku swoją setną edycję. Jubileusz to zasłużony, początki imprezy nie należały bowiem do najłatwiejszych. Flandria potrzebowała jednak podobnego przedsięwzięcia i dobrze się stało, że w głowie Leona van den Haute’a, jeszcze na długo przed rozegraniem pierwszej edycji, zakiełkował pomysł wyścigu kolarskiego. Z perspektywy czasu, można powiedzieć, że przez wszystkie te lata „Flandryjska Piękność” zdecydowanie zyskała na atrakcyjności i świetnie trzyma się po dziś dzień.

Źródła mówiące o tym jakoby wyścig powstał, aby promować i zwiększyć sprzedaż utworzonej w 1912 roku gazety sportowej „Sportwereld” nie do końca oddają rzeczywisty stan rzeczy i nie dostrzegają kilku nie mniej ważnych powodów, dla których narodził się cały projekt.

Owszem, redaktor naczelny „Sportwereld”, August de Meaght, pragnął skapitalizować pierwszy belgijski tryumf w Tour de France. Zatrudnił więc byłego kolarza, Karela van Wijnendaele, który po mało obiecujących staraniach na szosie, próbował swych sił w dziennikarstwie. Razem mogli już wydawać gazetę, ale pomysł wyścigu pojawił się dopiero wraz z van den Hautem, który do redakcji wniósł doświadczenie w organizacji imprez kolarskich oraz świeże pomysły. Zainspirowany rozgrywanym nieopodal wyścigiem Paryż-Roubaix, van den Haute wraz z kolegami zaprezentował w lutym 1913 roku 324-kilometrową trasę, którą w maju mieli pokonać zawodnicy.

Van Wijnendaele widział w nowo powstałej gazecie, ale też w imprezie, która miała ją promować, długo wyczekiwaną okazję pokazania światu do czego zdolni są Flamandowie. Flandria na początku XX wieku była regionem zacofanym i przeważnie rolniczym, nie mogąc konkurować zasobnością z przemysłową, i co ważne, francuskojęzyczną Walonią. Jako lokalny patriota, wychowany na wielkiej flamandzkiej prozie Hendrika Conscience, marzył, aby siła charakteru mieszkańców Flandrii mogła w pełni objawić się podczas wymagającego starcia z przybyszami z zagranicy. Trasa wyścigu, w zamyśle Van Wijnendaele’a, miała więc dotrzeć do jak największej liczby flamandzkich miast i miasteczek, tak aby podkreślać jedność i bogactwo regionu.

Zadanie nie było łatwe, bowiem lokalne władze nieraz patrzyły niezbyt przychylnie na przejazd kolumny wyścigu przez ich terytorium. Oudenaarde na przykład, w którym dziś mieści się muzeum wyścigu i które z czasem stało się wizytówką wyścigu, było w 1913 roku jednym z miast, które nie chciały gościć peletonu. Wytyczona trasa nie do końca odpowiadała więc aspiracjom krzewicieli regionalnego patriotyzmu.

Rozwój belgijskiego kolarstwa oraz patriotycznych uczuć wśród Flamandów w połączeniu z chęcią zarobku przyniosły więc wyścig na miarę ówczesnych możliwości. Mimo usilnych zabiegów organizatorów, na starcie w Gandawie stanęło jedynie 37 zawodników, co na ówczesne możliwości nie było wielką liczbą. Trasa w bardzo niewielkim stopniu przypominała tę, którą zawodnicy pokonują współcześnie. Drogi nie były wyasfaltowane, bruk był dużo bardziej powszechny, więc oprócz helligen kolarze jechali również po pavé. Krótkie acz treściwe brukowe podjazdy, charakterystyczne dla dzisiejszych edycji i będące symbolem Ronde, praktycznie nie występowały. Po ponad dwunastu godzinach jazdy i sprincie z pięcioosobowej grupy, ręce w geście zwycięstwa na welodromie w Mariakerke mógł do góry wznieść 25-letni Paul Deman. Organizatorzy zapewnili sporą nagrodę pieniężną dla tryumfatora, ale sama impreza nie przyniosła spodziewanych profitów.

Po nie do końca udanej pierwszej edycji, postanowiono o organizacji kolejnej, a tymczasem van Wijnendaele zachodził w głowę szukając przyczyn porażki przedsięwzięcia. Niewielu Flamandów było zainteresowanych tą jedną z wielu ówcześnie rozgrywanych imprez kolarskich. Najlepsi belgijscy zawodnicy nie pojawiali się na starcie, gdyż jeździli w barwach francuskich ekip, które zabraniały im startów w flamandzkojęzycznej części Belgii. Problem niejako sam rozwiązał się po drugiej edycji, która również nie przyniosła spodziewanego sukcesu, a jedynie straty finansowe. W 1914 roku wybuchła wojna i wszelką aktywność sportową przerwano. Odrodzenie przyszło dopiero w 1919 roku i od tego czasu wyścig rozgrywany jest bez przerwy. Nawet działania wojenne w trakcie II wojny światowej nie przeszkodziły w organizacji wyścigu.

„Flandryjska piękność” nie narodziła się jak Wenus z piany morskiej, a raczej z błota dróg przecinających zachodnią część Belgii. Nie towarzyszył jej też wesoły orszak, który otaczał boginię. W zasadzie, impreza nie cieszyła się wielkim zainteresowaniem, a szarość krajobrazu, zwłaszcza po zniszczeniach wojennych nie była najlepszą wizytówką dążącej do wielkości Flandrii. Bez trudnych początków nie byłoby jednak jednego z najważniejszych wyścigów dla dzisiejszego kolarstwa. Chęć zarobku podbudowana uczuciami patriotycznymi i pierwszymi zagranicznymi sukcesami (Odile Defraye, pierwszy Belg, który wygrał Tour de France w 1912 roku był Flamandem) były fundamentem, na którym organizatorzy po zakończeniu I wojny światowej mogli budować wyścig cieszący się coraz większą popularnością. „Flandryjska piękność” rodziła się w bólach, ale szybkie spojrzenie na jej ponad stuletnią historię przekonuje, że było warto.

banner