Gdy nadeszła wiosna - początki Mediolan-San Remo

Pierwsze lata Mediolan-San Remo.

Legendarny dziś wyścig, prowadzący ze stolicy Lombardii w kierunku położonych na wybrzeżu Morza Liguryjskiego przedmieść Genui i dalej na zachód aż pod granicę z Francją, startuje w sobotę już 107. raz. Jest to dobra okazja, aby przypomnieć sobie jak ta impreza wyglądała w swoich początkach, co sprawiło, że postanowiono ją zorganizować i jaką rolę odgrywała na początku XX wieku.

Dziejowa konieczność

Pierwsza edycja La Primavery odbyła się w 1907 roku. Organizatorzy trafili na pomyślny czas nie tylko ze względu na okres, w którym kolejne wyścigi wyrastały jak grzyby po deszczu, ale również ze względu na dogodną lokalizację, a więc miejsce nieopodal niezwykle popularnej riwiery francuskiej, bardzo chętnie odwiedzane przez osobistości z całej Europy. San Remo w początkach XX wieku było już uznaną marką wśród nadmorskich kurortów i starało się powtórzyć sukces kasyn Monte Carlo. Władze miasta chciały również zorganizować imprezę, która promowałaby kurort i przyciągnęła kolejnych turystów. Wybór padł na wyścig kolarski. Motywacją dla elity Sanremo stał się sukces pierwszej edycji Giro di Lombardia w listopadzie 1905 roku i chęć przekucia porażki automobilowego wyścigu Mediolan-San Remo w udaną imprezę dla kolarzy.

Z tej mieszanki, po owocnych rozmowach z przedstawicielami La Gazetta dello Sport oraz konsultacjach z lokalnymi zawodnikami, wyłonił się plan wyścigu, a start zaplanowano na 14 kwietnia 1907 roku. W przeciwieństwie do wielu innych wielkich wyścigów, które miewały problemy z organizacją kolejnych edycji, włoską imprezę problemy dotykały głównie przed startem pierwszej z nich. Następne odsłony, rozgrywane co roku, z trzema latami przerwy podczas wojen, zdobywały coraz większą popularność, a ich obecność w kalendarzu zagwarantowana była pieniędzmi organizatorów, dostrzegających w tym przedsięwzięciu szansę zysku.

Wyścig na otwarcie sezonu

Dziś trudno sobie wyobrazić, aby wyścig rozgrywany w kwietniu mógł być przez światową czołówkę traktowany jako dobre rozpoczęcie sezonu. Ściganie trwa bowiem od stycznia i kwietniowe wyścigi dla wielu stanowią kulminacyjny punkt sezonu. Przeszło sto lat temu wyścigów było jednak mniej, stawka kolarzy znacznie węższa, a era kolarstwa zawodowego dopiero raczkowała. Wyścig z Mediolanu do San Remo był więc dogodną okazją dla włoskich kolarzy, aby w mocnym towarzystwie rozpocząć sezon na wymagającej trasie. Zadowoleni byli również zawodnicy francuscy, którzy często trenując w okolicach Nicei nie musieli się zbytnio fatygować, aby dotrzeć na start. W owym czasie konkurencją dla nowo powstałego włoskiego wyścigu nie były inne imprezy szosowe, a popularne zmagania na torze, które przyciągały wiele gwiazd wczesnego ścigania na szosie. Jednak podczas pierwszej edycji, organizatorzy zdołali sobie zapewnić start najlepszych włoskich zawodników, z Luigim Ganną, późniejszym tryumfatorem pierwszej edycji Giro d’Italia, na czele. Na starcie pojawili się również Francuzi. Lucien Petit-Breton (na zdjęciu) po niezbyt przepisowym rozegraniu finiszu został pierwszym tryumfatorem, a organizatorzy ogłosili wielki sukces i postanowili o kontynuowaniu imprezy. Nie jest jednak tajemnicą, że wyścig uznawany dziś za monument, służył wówczas jako przygotowanie do poważniejszych później rozgrywanych imprez.

La Primavera?

Mediolan-San Remo szybko stał się ważnym elementem kolarskiego krajobrazu początku XX wieku. Zwycięstwo Petit-Bretona, który w tym samym roku tryumfował w Tour de France, przyczyniło się do wzrostu znaczenia włoskiego wyścigu i w następnych latach liczba stających na starcie przekraczała sto osób. Po pierwszych edycjach, w których nie można było korzystać z jakiejkolwiek pomocy, regulamin złagodzono i przystosowano do trudnych warunków atmosferycznych, które często towarzyszyły zawodnikom w pierwszych latach wyścigu. Przełęcz Turchino, ochrzczona „przełęczą śmierci”, którą peleton mija zazwyczaj w połowie trasy, w kwietniu bywała zaśnieżona, a reszta trasy nie prezentowała się wiele lepiej.

Sławna edycja wyścigu z 1910 roku, kiedy do mety dotarło siedmiu zawodników (trzech następnie zdyskwalifikowano), choć bez wątpienia rozgrywana w najtrudniejszych warunkach, nie należała do wyjątków. Śnieg pojawiał się często, a fatalny stan dróg powodował, że kolarzy docierających do mety trudno było rozpoznać pod grubą warstwą błota. Swoistym wręcz paradoksem były słowa zwycięzcy Tour de France z 1905, Leona Trousseliera, który wolał nie ryzykować zdrowia na trasie do San Remo, aby móc walczyć w… Paryż-Roubaix.

Sto lat i jeszcze dłużej

Mediolan-San Remo dość szybko na stałe zagościł w kalendarzu i przez lata zdobywał serca kibiców emocjonującymi zmaganiami na niezbyt skomplikowanej trasie, ale takiej, która oferuje wiele możliwych scenariuszy. Niemal niezmieniona przez ponad sto lat długość imprezy jest pomostem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Kiedyś oznaczała wyścig na przetrwanie i premiowała zawodników, którzy nie tylko byli najsilniejsi fizycznie, ale też potrafili znieść więcej niż inni i sprawnie radzili sobie z przytrafiającymi się ciągle defektami. Dziś natomiast, długość La Primavery jest czynnikiem ważnym w kontekście ostatecznej selekcji dokonującej się na Poggio, gdyż po niemal 300 kilometrach nie jest łatwą sztuką odpowiedzieć na ataki rywali na wzgórzu, z którego do serca San Remo pozostaje jedynie pięć kilometrów. Historia okazała się łaskawa dla włoskiej imprezy, która z czasem stała się jednym z monumentów kolarstwa, i dzięki temu do dziś możemy zachwycać się tym tylko z pozoru najłatwiejszym wśród największych wyścigów.