Recenzja: Thereabouts 2

Bracia Mortonowie udokumentowali kolejną przygodę, tym razem przenosząc się do Stanów Zjednoczonych.

Z gorącej australijskiej pustyni wpadli prosto w zaśnieżone połacie Kolorado. Zaproszeni do udziału w wyprawie zostali wracający po ciężkiej kontuzji Taylor Phinney oraz Cameron Wurf, który zakończył już zawodową karierę. Lachlan i Gus razem z przyjaciółmi spędzają w podróży pięć dni, jednak wcale nie mniej intensywnych od prawie dwóch tygodni w Australii. Zmienna aura tylko dodaje uroku całemu przedsięwzięciu.

Druga część filmu, wyprodukowanego przez starszego z braci, ma wiele wspólnego z pierwszą, ale różni się też w paru zasadniczych aspektach. Po pierwsze, wyprawa jest krótsza, a tereny znane wszystkim jej uczestnikom. Dla Phinneya są to rodzinne strony, bowiem start zaplanowany jest w Boulder. Australijczycy natomiast jako juniorzy ścigali się w Utah i Colorado, zdobywając pierwsze szlify poza granicami swojego kraju. Nie są to jednak zwyczajne trasy treningowe, bo przecież zawodowy kolarz rzadko podczas treningu przedziera się przez zaśnieżony las albo brodzi w strumyku. Nie, rowery nie są górskie.

Recenzja pierwszego filmu braci Mortonów: Thereabouts – zawodowcy na wakacjach.

Mniejsza ilość dni oraz wydłużony metraż filmu sprawiają, że więcej czasu można poświęcić głównym bohaterom widowiska. Pierwszy film skupiał się na Mortonach, tutaj częściej głos zabierają Phinney i Wurf. Nie da się ukryć, że ich wypowiedzi są najciekawszą częścią seansu i choć oczywiście sama wyprawa robi wrażenie, to najważniejsze jest to, co mają do przekazania zawodnicy. Lachlan i Gus w pierwszym filmie opowiadali nieco o sobie oraz o sensie wyprawy, można jednak odnieść wrażenie, że ciekawszymi rozmówcami są ich towarzysze. Obaj są ukształtowanymi zawodowcami, potrafią też opowiadać w sposób, który przyciąga uwagę widza.

Phinney wyrusza na trasę tuż po uporaniu się z przewlekłą kontuzją. Rok wcześniej złamał nogę i rehabilitacja przeciągała się w nieskończoność. Drużyna pozwoliła mu jechać, z zastrzeżeniem jednak, aby nie robił niczego głupiego. Amerykanin wie na co może sobie pozwolić i po prostu dobrze się bawi, a po kontuzji śladu nie widać. Na ekranie pojawia się często i zajmująco opowiada o różnych aspektach swojej kariery. Mówi o doświadczeniach związanych z igrzyskami w Pekinie, rozwojem kariery i momencie, w którym zawisła ona na włosku kiedy złamał nogę. Nieraz miał wątpliwości czy zdoła jeszcze wrócić na rower. Kolarstwo nie jest jednak dla niego całym światem, toteż podchodził do całej kwestii spokojnie. Przy okazji, Amerykanin mówi o swoich wielkich celach – żółtej koszulce Tour de France czy wygraniu Paryż-Roubaix – oraz o życiu kolarza, którego nie widać na ekranach.

Wurf z kolei zakończył swoją karierę po latach ścigania się na całym świecie. Nigdzie jednak tak chętnie nie wraca jak do Kolorado, bo jak mówi, są to jego ulubione tereny. Wurf ścigał się kiedyś trochę na włoskich szosach, aż w końcu Cadel Evans doradził mu ekipę Cannondale. Mógł tam jeździć ze swoim dobrym już wtedy przyjacielem, Ivanem Basso, z którym regularnie trenował. Podczas wyścigów zazwyczaj wykonywał role pomocnika lidera ekipy. Australijczyk nie ściga się już zawodowo, ważny dla niego jest fakt, że poprzez podobne wyprawy może, razem z kolegami, pokazać kolarstwo od innej strony. Zawodowi kolarze nie muszą koniecznie kojarzyć się tylko z Froomem wygrywającym Tour de France. Dla Wurfa „piękniejsza strona kolarstwa” to najlepsza okazja do poznania nowych ludzi, a także ugruntowania istniejących już przyjaźni. Szczęśliwi ci, którzy jeżdżą na rowerach i jeszcze dostają za to pieniądze.

„Thereabouts 2”jest filmem pokazującym życie kolarza z nieco innej perspektywy niż ta, którą można obserwować  w trakcie wyścigów. Zawodowi kolarze to normalni ludzie (tylko trochę szybciej potrafią jeździć pod górę), dorośli, którzy poza rowerem mają swoje życie. Kolarstwo jest oczywiście ich pracą i obowiązki z nim związane muszą wykonywać sumiennie, mają jednak czas na chwilę relaksu. Rower to również dla nich zabawa, a pokazana w taki sposób może tylko zachęcić kolejne rzesze młodych ludzi do samodzielnego wyruszenia na szosę. Tour de France czy Paryż-Roubaix pięknie wyglądają jedynie przed telewizorem, dlatego zawodowcy też muszą znaleźć sobie odskocznię od codzienności. Jeżeli przy tym zainspirują kogoś do wyciągnięcia roweru z garażu, tym lepiej.

Dzisiaj Taylor Phinney przygotowuje się do nowego sezonu, po udanej końcówce zeszłego roku, a Cameron Wurf do kolejnych zawodów triatlonowych i wioślarskich. Sami mówią, że te pięć dni regeneracji na amerykańskich szosach dobrze im zrobiły. Miejmy nadzieję, że w tym roku również upatrzą sobie jakieś piękne miejsce, w którym będą chcieli odpocząć.

banner