„Strategia mistrza” – recenzja

Wrażenia z projekcji filmowej historii Lance’a Armstronga.

W kinach można zobaczyć już najnowszy film Stephena Frearsa „Strategia mistrza”. Kolejna próba przeniesienia na duży ekran historii Lance’a Armstronga, jest jednak pierwszą w konwencji filmu fabularnego. Czy ta formuła się sprawdza jest kwestią dyskusyjną, trudno jednak nie przyznać racji głosom zarzucającym filmowi płytkość i sztampowość.

Przyjazd mistrza świata z 1993 roku do Europy i zderzenie się z brutalnymi realiami peletonu podczas ścigania w Belgii otwiera prawie dwugodzinny spektakl. Frears pokazuje kolejne ważne wydarzenia w karierze Armstronga, starając się równocześnie zarysować motywacje Teksańczyka do sięgnięcia po niedozwolone wspomaganie. Obie te kwestie przecinają się przez cały film i tak widz zostaje zaznajomiony z obrazkami z Walońskiej Strzały 1994 roku, wizytą Armstronga w camperze doktora Ferrariego, trudnym momentem choroby i słynnym wyznaniem w szpitalu. Potem amerykański kolarz ruszy już tylko po zwycięstwa. Na ekranie mniej będzie scen z wyścigów, większy nacisk położono na cały proces podobno najbardziej wyszukanego i najbardziej zaawansowanego procederu dopingowego bez precedensu w historii nie tylko samej dyscypliny, ale i całego sportu. Równolegle David Walsh będzie prowadził swoje śledztwo, które ostatecznie spowoduje upadek legendy.

Niewiele można znaleźć pozytywnych elementów w filmie Frearsa. Jednym z nich jest muzyka i znane utwory cenionych wykonawców, miejscami dobrze współgrające z obrazem. Drugim, Ben Foster – odtwórca głównej roli. Zadania nie miał łatwego, bo wcielenie się w rolę Armstronga tylko z pozoru może wydawać się łatwe. Wyszedł jednak obronną ręką, swoją grą kompensując w pewnym stopniu niedostatki scenariuszowe.

Na tym jednak zakończyć należy pochwały. Film opowiada dobrze znaną fanom kolarstwa historię, podąża utartymi ścieżkami i brak w nim powiewu jakiejkolwiek świeżości. Został zrealizowany na podstawie pracy Davida Walsha, choć widać, że dużo większy wpływ miał raport USADA, któremu twórcy filmu również na końcu „dziękują”. Pokazane są transfuzje krwi, wizyty u Ferrariego, niszczenie przeciwników, którzy ośmielili się wystąpić przeciwko spowijającej peleton zmowie milczenia. Wszystko skrótowo, bardzo schematycznie i hollywoodzko w złym jednak tego słowa znaczeniu.

Poza głównym bohaterem, reszta kluczowych dla historii postaci ledwie jest zarysowana. Niektóre pojawiają się na chwilę, inne jedynie są wspominane. Reżyser ewidentnie bardzo się spieszy i nie ma czasu zatrzymywać się przy nowo rozpoczętych wątkach. Atakuje widza wprowadzaniem kolejnych postaci i ewidentnie nie panuje nad chaosem, którego jest sprawcą. Ci, którzy ze zmaganiami zawodowców są zaznajomieni, nie wyniosą z seansu nic nowego i będą mogli się tylko zastanawiać dlaczego zmarnowany został potencjał tej jak najbardziej filmowej historii. Nie dla nich jednak ten film został nakręcony. Odbiorcą ma być widz w kuchni peletonu niezorientowany i jeżeli ktoś jeszcze o tym nie wie, ma się dowiedzieć, że Lance Armstrong był zły. Schematyczny scenariusz i ewidentne dziury budżetowe nie pozwalają na nic więcej. Szkoda, bo winno się do tematu podejść nieco bardziej subtelnie, co dałoby zdecydowanie bardziej przekonujący efekt końcowy.

Koniec końców nie jest to pozycja godna polecenia. Istnieją dalece ciekawsze filmy dokumentalne poruszające temat Armstronga i jego strategii, a najbardziej z nich godnym polecenia jest „Kłamstwa Armstronga” z 2013 roku. Interesujący się kolarstwem setnie się wynudzą, niezainteresowani, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, powinni sięgnąć po inne pozycje.

banner