Różowe historie: Merckx

Giro d'Italia w 1968 stało się wyścigiem, w którym Eddy Merckx rozpoczął swoje panowanie, gdzie rozpoczął się Merckxsizm.

Podpisując w 1967 roku trzyletni kontrakt z Faemą Eddy Merckx stanął na czele kolejnej super drużyny w historii kolarstwa. Producent ekspresów do kawy wspierał już świetnych kolarzy - w charakterystycznych czerwono-białych koszulkach jeździli przecież Rik Van Looy i Charly Gaul. Jednak 22-letni Merckx zapowiadał się na kogoś więcej niż świetnego kolarza. Do drużyny przychodził w koszulce mistrza świata i listą świetnych rezultatów, włączając w to 2 zwycięstwa w Mediolan-San Remo. Zbudowana wokół młodego Belga Faema miała pomóc mu zaspokoić wielki głód zwycięstw.

W pierwszym roku startów dla nowej drużyny Merckx miał zadośćuczynić pragnieniom szefów Faemy i po raz drugi wystartować w Giro d'Italia. Przed przyjazdem do Włoch wygrał całe Volta Ciclista a Catalunya, pierwszy wjechał na welodrom w Roubaix i zdemolował stawkę w szwajcarskiej Romandii. Giro miało być inną historią. Nie było.

Gdy wygrał pierwszy etap po fantastycznym ataku z peletonu na ostatnich dwóch kilometrach, największe gwiazdy tamtego Giro zostały poniżone i nie pozostało im nic innego jak pójść śladem Giacotto i wzruszyć ramionami. Ten "dzieciak" był tu przecież tylko po zwycięstwa etapowe. Merckx szybko stracił różową koszulkę zdobytą po pierwszym etapie, ale kolejne wysokie miejsca na finiszach zdawały się potwierdzać chęć wygrywania. Gdy ponownie pierwszy przekroczył linię mety na etapie numer 8, dziennikarze RAI zapytali go czy wcześniej wiedział, że tego dnia pojedzie po zwycięstwo. Odpowiedź przyszłego "Kanibala" była znacząca i miała posłużyć za opis całej dopiero rozpoczynającej się ery:

Czemu mnie o to pytacie? Myślicie, że po co tu jestem? Oglądać jak inni wygrywają?

Dotychczasowa dominacja Merckxa była tak duża, że komentatorzy i kibice zaczęli ponadprzeciętnie fetować dobre występy każdego kto tylko nie był młodym Belgiem. Zilioli, który pokonał Merckxa na etapie do San Remo na słynnej Via Roma został okrzyknięty bohaterem narodowym. Pomimo fenomenalnego występu w swoim 2 w karierze Giro, Merckx ciągle nie powiedział ostatniego słowa. Dominował na płaskich etapach, wygrywał na pagórkach, a na etapie 12 miał pokazać swoją dominację w wysokich górach. Opisywany we włoskich gazetach jako "belgijski sprinter", Merckx na drodze do Tre Cime di Lavaredo dał niesamowite widowisko.

U podnóża Tre Cime w Dolomitach peleton, ze wszystkimi faworytami, poprzedzała ucieczka kilkunastu kolarzy. Gdy po rozpoczęciu podjazdu z nieba zaczęły spadać płatki śniegu Merckx uznał to za dobry moment do ataku. Wraz z kolejnymi pokonywanymi metrami warunki stawały się co raz cięższe, ubrany w bawełnianą koszulkę mistrza świata, wełniane rękawiczki i ciepłą czapkę Eddy niwelował niemal 10-minutową przewagę ucieczki z każdym ruchem korby. Na szczycie, pomimo problemów z rowerem po drodze, zameldował się jako pierwszy. Włosi byli na kolanach.

Rajd pod Tre Cime di Lavaredo ciągle pozostaje dla Merckxa największym występem w jego karierze. Dla większości zaskakująca, a przy tym fenomenalna, postawa Belga przez całe Giro d'Italia dała mu końcowe zwycięstwo w Neapolu. Jakby przy okazji - oczywiście - wygrał również klasyfikację punktową i górską. Merckx był wtedy u progu swojej wielkiej kariery, kolejne zwycięstwa, rekordy, rajdy i ponadludzkie występy miały dopiero pojawić się na kartach historii. Jednak Giro w 1968 roku i etap w Dolomitach są granicą po której ten "dzieciak" Eddy Merckx, stał się tym Eddym Merckxem.

Fot. Stefaan De Croock - Strook

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: