Ludzie z wyścigowej "bezpieki"

Ej, co ten człowiek tam robi? Oszalał? Pomieszało mu się w głowie? Nie. Ten pan z oldschoolowym Wigry przechodzi przez ulicę, prawdopodobnie jak to czyni codziennie w tym samym miejscu. Pech chciał, że akurat tej niedzieli do Częstochowy zawitał kolarski peleton. A pan porządkowy nie przejmując się ani zdrowiem kolarzy, ani naszego głównego bohatera zezwolił na przekroczenie jezdni.

Po jakiej stronie leży wina? Czy zawinił rowerzysta-amator? Czy zawinił strażnik miejski-amator? Odpowiedź jest jasna: ten drugi. Bo nawet gdyby cyklista wkroczył na drogę wbrew zaleceniom, to obowiązkiem służbisty jest zatrzymanie delikwenta. Pan strażnik sobie jednak nic z (nie)spodziewanej akcji swojego krajana nie robi. Może kiwnął mu ręką w stylu „dobra, teraz”. Albo mu też wszystko wisi. Wisi mu wielogodzinne stanie, wisi mu wyścig. Jest zły, że ktoś mu zabrał weekend i że zamiast wyjazdu z rodziną nad jezioro, musi się teraz przypatrywać kolumnie wyścigu i kibicom oraz wszystkich zabezpieczać. A raczej „zabezpieczać”.

Imprezy kolarskie są eventami masowymi, dlatego też, by je zorganizować, trzeba otrzymać pozwolenie samorządów czy też policji. Ktoś musi również odgrodzić trasę przejazdu od normalnie użytkowanych traktów, by nikt nieproszony się czasem na nią nie dostał i nie wmieszał w peleton. Nieraz podobne zadanie zostaje powierzone specjalnym firmom, z reguły jednak funkcja ta spada w Polsce na barki właśnie policji, wojska czy straży pożarnej. Wygląda to tak: „Józek, masz stać tutaj od 8 do 18 i nikogo nie przepuszczać”. Koniec szkolenia. W pięć minut.

I taki Józek nie przepuszcza nikogo. Albo inaczej: przepuszcza, jak widzi znajomego sąsiada, któremu spieszno do domu, bądź akurat minął go pojazd z napisem „koniec wyścigu”. Wtedy jest kilkanaście luźnych minut, można puścić sznur samochodów. Słusznie zresztą. Straż pożarna czy wojsko są ok., pomogą. Policja to już w zupełności inna bajka. U nich jest „nie” bo „nie”. Jeśli można zrozumieć ich całkowitą abnegację w stosunku do niezainteresowanych zawodami mieszkańców chcących zdążyć na Teleexpress, o tyle ich nastawienie do ludzi z samego wyścigu woła o pomstę do nieba. Kilka przykładów.

Auta z kolumny mają na przedniej szybie długą naklejkę. Często krzywą, lecz z daleka widoczną. Dobrze widoczną. Pokazuje ona, że samochód stanowi część peletonu i może się poruszać po trasie wyścigu, a pan stójkowy ma wskazać mu odpowiedni kierunek jazdy. Czy to na rozwidleniu, czy na krzyżówce. Funkcjonariusze jednak rzadko kiedy patrzą na naklejki. Haltują, pytają, „a gdzie się pan tak śpieszy”, człowiek pokazuje na kolorową przyklejankę, mundurowy spogląda, dziwi się, mówi „proszę jechać”. I tak w kółko. Oczywiście nie wszyscy, ale znaczna część policji tak się zachowuje. Niejednokrotnie mimo odpowiednich oznakowań policjant nie zezwolił wjechać na rundę, ponieważ przed chwilą ktoś przez walkie talkie go powiadomił, że kategorycznie nie wolno, chociaż wyścig jeszcze nie wystartował, a do przejazdu jest jeszcze 20 minut.

Co się wtedy robi? Ignoruje panów i panie z komendy. Kilka razy już się zostało spisanym, całe szczęście obyło się bez mandatu. Po co o tym wspominam i co ma to wspólnego ze zdjęciem Darka Krzywańskiego? Wiele, bo dokumentuje, że obsługa w polskich wyścigach, niezależnie jakiej kategorii, nie jest w ogóle przekwalifikowana. Na Grodach kilka lat temu policja wpuściła między czoło kolumny a peletonem ciężarówki marki star czy jelcz. Na Tour de Pologne funkcjonariuszki zamiast machać chorągiewką niczym się nie przejmowały, przez co z 20 aut pojechało na około, przedzierało się przez stojące w korku samochody prywatne i tylko jakimś dziwnym cudem wróciły na właściwy szlak. Żeby przed startem trafić z Zakopanego do Bukowiny i na odwrót, trzeba wyjechać pięć godzin wcześniej, wkalkulować w to godzinną rozmowę z panami z obsady wokół wyścigu amatorów, którzy choć widzą ciąg autek i trzy autokary drużynowe jak blokowali, tak nadal blokują mimo tego, że nic się nie dzieje. W Szprotawie np. na kryterium obok jednego strażnika miejskiego stała kobieta z owczarkiem niemieckim, który uwolnił się z niezbyt mocnej uwięzi, wpadł na brukowany rynek i wplątał się w koła zawodników. Dzwon murowany. Potem tłumaczenia, nie wiedziałem, nie widziałem, nie mogłem przypuszczać.

Czy na zachodzie jest lepiej? Pewnie, też zdarzają się przypadki niekompetencji i totalnych wtop. Cały czas jednak świetnie pamiętam pana z obsługi berlińskiego ProRace, który na pytanie, „tędy na wyścig?” odpowiedział: „tak, tędy, ale potem musisz zapytać kogoś innego, bo od czterech dni stoję w tym samym miejscu i jedyną rzeczą którą widzę jest Kolumna Zwycięstwa, przygotowuję trasę”. Samochód na polskich blachach bez żadnych medialnych znaczków mógł przebić się do centrum zdarzeń. Kwiecień w Polsce: „ja na Mnicha”. „To musi pan jechać na Rynek, prosto”. „Jak na Rynek, przecież w prawo i pod stadion”. „Hm, a pan dokąd?”. „A ja na wyścig”. „No nie wiem”.

Brak dobrej woli, trzymanie się wyznaczonych schematów, klapki na oczach. Podobnie jak u pana porządkowego spod Jasnej Góry. Może chciał dobrze, może chciał ułatwić życie. Chwała mu za to. Nie chodzi przecież o to, by przechodniom przeszkadzać. Należy przeprowadzać i przepuszczać. Dlaczego tylko w tak mało przemyślanej sytuacji i w takim niedogodnym miejscu? Co by się stało, gdyby młodzież na rowerach nie wyhamowała i wpakowała się impetem w „rometowca”? Kto poniósłby konsekwencje? Znając życie, nikt, a przede wszystkim nie pan od zabezpieczenia. Z wyobraźni pała.

Jeśli ktoś chce wejść do okręgowej komisji wyborczej, musi zaliczyć kilka spotkań organizacyjnych. Ludzie z obsługi kolarskich wyścigów nie muszą nic. Instruowanie kończy się na kilku wytycznych, które są albo przestrzegane, albo nie. A tak niewiele potrzeba. Wystarczy jedno dłuższe spotkanie, wystarczy sporządzenie pisemnych zasad, co wolno, a co nie wolno. Na co trzeba zwracać uwagę, komu można dać zielone światło, kogo trzeba bezwzględnie przystopować. I trzeba tym osobom coś sprezentować. Jakieś drobne wynagrodzenie, choćby jakieś gadżety. Czapeczkę, koszulkę, jakąś pamiątkę. Dla dziecka, dla wnuka. Taka nagroda łączy, przywiązuje i jest sygnałem dobrze wykonanej roboty oraz niezmarnowanej niedzieli.

Bo osoby z obsługi, może nie zdają sobie z tego sprawy, również budują wizerunek wyścigu, jego otoczki i mniej lub bardziej przyczyniają się edukowania kibiców. Tych z przypadku, jak i tych przekonanych.

fot. Dariusz Krzywański/Krzywański Photography

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: