Piekielne smaczki

Ale trzęsie, ale boli, ale my ten wyścig kochamy. Paryż-Roubaix. Czyli „Niedziela w Piekle”. Czyli „Piekło Północy”. Czyli wyścig-legenda.

Roubaix położone na północy Francji. Mieścina mała, lecz nieźle uprzemysłowiona. W rejonie działają kopalnie, inni mieszkańcy zatrudnieni są w branży tkackiej. Warunki pracy nie są łatwe, pieniążków pod koniec XIX wieku też nie za wiele. Zarabiać jednak trzeba, by utrzymać rodzinę. A od czasu do czasu, kiedy przygrzeje słoneczko, wyjść na spacer do Parc Barbieux.

Z niego można zobaczyć 1000 kominów, którymi naszpikowane jest Roubaix. Między nimi lokalni baroni przemysłowi Théodore Vienne oraz Maurice Pérez w 1895 roku budują otwarty tor kolarski. By społeczność miała coś jeszcze oprócz parku. Jak ją przyciągnąć na welodrom? Zapraszając ówczesne gwiazdy toru: George’a A. Bankera czy Thorvalda Ellegaarda.

fischer

fot. Wikimedia

Publiczność jest zachwycona i chce więcej. Ok, myśli sobie duet Vienne i Pérez, organizujemy wyścig! Gdzie, u nas? Po tych kocich łbach? Tak, po bruku. Redakcja paryskiego Le Vélo wspiera pomysłodawców, dziennikarz Victor Breyer sam przejeżdża większość część trasy. Podobno mówi, że to „piekło”. Już wtedy.

Pierwszą edycję w 1896 roku wygrywa Josef Fischer – reprezentant Cesarstwa Niemieckiego. W Paryżu na starcie pojawia się jedynie 45 zawodników, jest godzina 5:30. Fischer na mecie melduje się po dziewięciu godzinach (śr. 30 km/h). Trzeci jest Maurice Garin, pierwszy zwycięzca Tour de France (1903), który w tamtym czasie prowadzi na welodromie własny biznes – sklep rowerowy. A jak już jesteśmy przy „Wielkiej Pętli”. W 1905 roku Francuzi mają swojego nowego idola. Nazywają go „Trou-Trou”, „dziura-dziura”. Louis Trousselier wygrywa Tour i pięć etapów. Zanim jednak do tego dojdzie, musi „odbębnić” służbę wojskową. Nie wiadomo, czy weźmie udział w Paryż-Roubaix. Dostaje jednak 24-godzinną przepustkę. I oczywiście triumfuje.

Trzy razy z rzędu (1909-1911) najlepszy jest Octave Lapize, który zginął później w trakcie I wojny światowej. W historii podobna sztuka ustrzelenia hattricka udała się później już tylko Francesco Moserowi (1978-1980). Rekordzistami są za to Belgowie Roger De Vlaeminck oraz Tom Boonen (po cztery zwycięstwa), ale nie rok w rok.

Na stałe epitet „piekło” przylgnęło do Paryż-Roubaix po 1918 roku, kiedy krajobraz pogranicza przypominał jedną wielką ruinę. Pod sam koniec wojny wojska niemieckie zajęły Roubaix niszcząc całkowicie tor. Kiedy w 1919 roku wyścig zostaje wznowiony trasa korygowana jest na bieżąco, gdy się okazuje, że peleton nie może przejechać pewnych odcinków, które dzień wcześniej były jeszcze przejezdne. Henri Pelissier na przykład musi się zatrzymać przed pociągiem. Minuty mijają, tabor nie rusza, więc Francuz wskakuje z rowerem do wagonu i wyskakuje z drugiej strony. W ślad za nim idą Philippe Thys i Honoré Barthelemy.

Inny Francuz, Roger Lapébie, Paryż-Roubaix w 1934 roku kończy na... damskim rowerze. Kilka kilometrów przed metą jego maszyna nie nadaje się do jazdy, łapie więc rower pewnej pani kibic, dogania czołówkę i zwycięża! Jury go jednak dyskwalifikuje, ponieważ zmiana roweru jest wbrew zasadom. Rok później na torze konnym Marcq-en-Baroeul triumfuje Gaston Rebry – ten sam, który przy zielonym stoliku został uznany królem bruku rok wcześniej. A w 1936 roku sędzia stwierdza, że minimalnie szybszy od Belga Romain Maes jest Francuz Georges Speicher, chociaż było na odwrót.

Mimo II wojny światowej tylko w 1940-1942 Paryż-Roubaix się nie odbywa. Konflikt wojenny nie wstrzymał belgijskiej supremacji, która rozpoczęła się w drugiej połowie lat 20. Nie zatrzymały jej również lata powojenne, chociaż zdarzały się dłuższe przerwy, naznaczone radością Francuzów czy Włochów.

bruk roubaixW 1949 roku obsługa wyścigu się nie popisała i wskazała prowadzącej grupie złą drogę na stadion. André Mahé szybko się połapał, że coś jest nie halo. Tylną bramą wjeżdża na tor, wygrywa, a sprint z grupki pościgowej przesądza na swoją korzyść brat Fausto Coppiego – Serse. Fausto protestuje, chce, by braciszek dostał w nagrodę kostkę. Tak też się staje, Mahé zostaje zdyskwalifikowany. Dopiero po roku UCI decyduje, że obaj panowie muszą podzielić się pierwszą lokatą.

W 1963 roku przedwcześnie cieszył się Rolf Wolfshohl. Dyrektor sportowy powiedział mu: "chłopie, spokojnie, masz niezłą przewagę, przygotuj się na dekorację". No to się Niemiec zaczął się przygotowywać. Przetarł ubrudzoną błotem twarz, nieco zwolnił. Gapiostwo kosztowało go sporo, minęli go m.in. Rik van Looy, Jan Janssen i Raymond Poulidor. Ostatecznie niedoszły zwycięzca uplasował się na jedenastej lokacie.

Rok później po bruku pędzi Peter Post. Ze średnią ponad 45 km/h! Po kostce! Ta kostka w połowie lat 60. traci jednak na znaczeniu, z profilu skreśla się coraz więcej pave. Na ratunek spieszy Jean Stablinski, pracownik pobliskiej kopalni,  który sugeruje organizatorom, by włączyli do programu Lasek Arenberg. „W nim się Roubaix nie wygra, ale na pewno można go przegrać” – mówi syn polskich emigrantów. Jego słowa jeszcze po latach przeklinają kolarze, na przykład Johan Museeuw – w 1998 roku w Lasku doznaje złamania rzepki. Zdrowieje i wraca. I to jak wraca (triumfy w 2000 i 2002 roku).

W latach 70. w piekle dominuje Roger de Vlaeminck, który przed jedną z edycji spędza na rowerze - treningowo ma się rozumieć - 1000 kilometrów! Opłaca się. Z „Cygana z Eeklo” staje się „Monsieur Paris-Roubaix”. Po tym, jak zawiesił rower na kołku, sprzedał swoją maszynę, a pieniądze z aukcji przeznaczył na światową walkę z głodem (1984).

W 1983 roku na potwornie błotnistej trasie triumfuje z kolei Hennie Kuiper, a o wyjątkowym pechu mówić może hiszpański czasowiec Pello Ruiz-Cabestany, który upada sześciokrotnie. Nie na długości całego wyścigu, tylko na jednym kilometrze...

Podobnego pecha w 1988 roku miał Thomas Wegmüller. W finale torebka plastikowa zaplątała się w łańcuch. Wygrywa jego kompan z ucieczki – Dirk Demol.

Sześć lat później najlepszy jest Andrej Tchmil, wówczas jeżdżący z ukraińską licencją, a mieszkający na co dzień w Roubaix. Tchmil wyśmienicie sobie poradził z atakiem zimy. Wiadomo, człowiek wschodu.

bruktour14fot. B.Bade/ASO

W 1996 roku dominuje Mapei – dyrektor sportowy Patrick Lefevere mówi, w jakiej kolejności jego trzech kolarzy ma się zameldować na kresce. Pada na „Lwa z Flandrii” – Museeuwa. Sponsor, Włoch Giorgio Squinzi, jest wkurzony, grozi odcięciem dofinansowania, ponieważ na drugim i trzecim miejscu byli jego rodacy: Gianluca Bortolami i Andrea Tafi. W tym samym roku prosty wybrukowany odcinek tuż przed wjazdem na welodrom zostaje ochrzczony imieniem Charlesa Crupelandta – jedynego rodowitego obywatela Roubaix, który wygrał ten monument (1912 i 1914).

XXI wiek to podobnie jak w przypadku Ronde van Vlaanderen walka dwóch panów: Boonena i Fabiana Cancellary. Niestety tym razem ich nie ujrzymy. Zobaczymy za to kolejnego „władcę bruku”. Pogromcę piekła.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: