Cały czas się uczymy

Blogowy meldunek po Normandii i wielkanocnym weekendzie w Hiszpanii.

Cześć wam wszystkim! Siedzę właśnie na lotnisku we Frankfurcie i czekam na samolot do domu, więc nadrabiam zaległości blogowe i przypominam sobie ostatnie wyścigi.

Sezon zaczął się już na dobre. Bardzo się cieszę, bo mam za sobą już 11 dni startowych i to konkretnych wyścigów. Co do mojej dyspozycji nie mam żadnych zastrzeżeń. Mogę wam powiedzieć, że jestem już w dobrej formie, nogi kręcą się już dobrze. Moc też już jest na wysokim poziomie. Do tej pory w drużynie pełniłem rolę pomocnika i kapitana, który trochę miał kierować naszym składem, dlatego też może jakichś wyników indywidualnych nie mam.

Czasami mi szkoda było, że nie mogę pojechać na siebie. Miałem raz okazję aby na Kattekoers pojechać na własny rachunek, ale mnie i moje dobre nogi zabiła podróż, która trwała ponad 14 godzin. To samo miałem na prologu w Normandii. Po prostu bardzo źle reaguję na długą podróż, zawsze tak było ze mną, dopiero po dniu ścigania wracam do swojej formy. W Normandii cały tydzień w deszczu i silnym wietrze, ale wykonałem kawał dobrej roboty, drużyna i dyrektor sportowy byli bardzo zadowoleni ze mnie, więc ja też mogłem być zadowolony, choć nie raz dopadł mnie pech i defekt sprzętu. Cały czas się uczymy, mamy nowy skład i jeszcze nie wszyscy, przede wszystkim młodsi zawodnicy, wiedzą co mają robić.

awt-normandia
Właśnie wracam z hiszpańskich klasyków. W sobotę startowałem w GP Miguel Indurain... trasa pod górali takich jak kolarze Movistar, no i to oni cały czas nadawali tempo. Trochę się musieli wkurzyć na koniec, nie wygrali. Ja do mety dojechałem w grupie pościgowej - odpadłem z 50-osobowej czołówki jakieś 40km przed metą, gdy zaczął się długi podjazd. Dodam że sporo zawodników nie ukończyło wyścigu, serio, wcale nie było łatwo dojechać do mety. Spokojnie i ostrożnie chciałem ukończyć ten klasyk aby te kilometry zaprocentowały później.

Wczoraj, w niedzielę wielkanocną, jechałem w kolejnym klasyku, który miał być dużo łatwiejszy... a wcale się taki nie okazał. Wystarczy spojrzeć na wyniki i policzyć ile osób zaliczyło DNF. 170km, średnia, ponad 44km/h, prawie 2000 metrów przewyższenia. Moim zadaniem było osłaniać Erika Baskę, który czuł się bardzo dobrze. Byłem na zmianie w końcówce, walczyliśmy wszyscy ostro o pozycje z chłopakami z Orica-GreenEdge, którym chyba się nie bardzo podobało, że tacy młodzi jadą w czubie. Nerwowo jak zwykle, skończyło się na wymianie uwag i szturchnięć z Gerransem i Weeningiem. Fajnie było nawiązać walkę z taką ekipą, u nas jeszcze wprawdzie nie ta moc i nie to doświadczenie, ale cały czas się uczymy.

Pogubiliśmy się na ostatnim kilometrze - było kręto, Baska został, z przodu mieliśmy tylko Jana Brockhoffa. Nie zgraliśmy tego najlepiej, ale skończyło się i tak dobrze - 8. i 11. miejsce to już całkiem dobry wynik dla nas.

Teraz kilka dni spokojnych - czas na regenerację przed wyścigami Pucharu Narodów z kadrą. Znam trochę te imprezy z zeszłego roku. Zobaczymy co z tego wyjdzie, to są bardzo trudne klasyki - tak pod względem trasy i dystansu, ale przede wszystkim rywalizacji młodych kolarzy.

Trzymajcie kciuki za moje kolejne starty i za nasz reprezentację 🙂