Flandryjskie opowiastki

Najciekawsze historie z bruków "De Ronde".

Nikt nigdy nie mówił, że Ronde van Vlaanderen jest łatwym wyścigiem. Pięknym jak najbardziej, ale nie łatwym. Coś o tym wiedzą zawodnicy, którzy równo trzydzieści lat temu przystąpili do niby normalnej edycji flandryjskiej jednodniówki. Ta niby normalność zakończyła się jedną wielką katastrofą.

Z pogodą na przełomie marca i kwietnia jak to z pogodą. Nigdy nie można być pewnym, co chmury przyniosą. W 1985 roku nic nie zapowiadało, że tym razem niosą za sobą apokalipsę na rowerach. Do wyścigu przystąpiło 174 zawodników. Kręcili sobie i kręcili, na początku pogadali, jak przyszły pierwsze hellingen nieco spoważnieli, by mniej więcej w połowie 271 km drogi przeklinać boga pogody.

Powiedzieć, że padało, to nic nie powiedzieć. Powiedzieć, że lało, to nic nie powiedzieć. Peleton po prostu został zatopiony. Piach wymieszany z wodą tworzył błoto, maź, którą oblepione były szprychy, koła, łańcuch. Przemoknięte koszulki oznaczały dodatkowy balast. Przenikające zimno, kałuże spowodowały, że na mecie zameldowało się jedynie 24 twardzieli, czyli zaledwie 13% peletonu na starcie! Prawdziwa rzeź niewiniątek, w której najlepiej poradził sobie Eric Vanderaerden. Facet uciekł na 20 km przed kreską i sam pędził przez szlam do mety.

Belgijska telewizja BRT sporządziła relację z tamtejszej Ronde. Reżyser Rik De Saedeleer uchwycił ból na twarzy kolarzy. Ból chwytający za serce, ból tworzący historię kolarstwa. Podczas festiwalu w jugosłowiańskim Portoroz otrzymał za swoje dzieło główną nagrodę pozostawiając w tyle m.in. reportaż z Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles.

demanDeszcz z biegiem lat stał się częścią Ronde niczym bruk. Kiedy w 1913 roku rozegrano pierwszą edycję klasyka, jeden z organizatorów – dziennikarz sportowy Karel Van Wijnendaele (to pseudonim, naprawdę nazywał Carolus Ludovicus Steyaert) – słowami „Heeren, vertrekt” (panowie, wyścig ruszył) rozpoczął premierową odsłonę, również padało. Do rywalizacji stanęło 37 kolarzy, przed nimi najdłuższa trasa w historii – ponad 370 km. Średnia prędkość 30 km/h, triumfator potrzebuje na pokonanie dystansu dwanaście godzin. Pół dnia w ziąbie, na rowerze spędza Paul Deman. Ten sam Deman rok później, gdy wybuchła I Wojna Światowa, pełni obowiązki posłańca belgijskiej armii. Oczywiście na rowerze. Zostaje schwytany przez wojsko niemieckie, znajdują szmuglowane w... złotym zębie wiadomości i skazują na śmierć. Uratowany przez Amerykanów wraca do kolarstwa i w 1920 roku wygrywa Paryż-Roubaix. Ze złotym zębem.

Zimno. Śpiewkę na ten temat może zanucić Briek Schotte – dwukrotny zwycięzca Ronde, który zawsze się cieszył z faktu, że nie zgarnął hattricka. W 1950 roku jest tak zimno, że Schotte ledwo porusza palcami. Nie dość złego łapie jeszcze „kapcia”. Co zrobić? Z pomocą biegnie jeden z kibiców, ten jest przynajmniej grubiej ubrany. Duet zgodnie razem współpracuje, zdejmuje koło, wymienia dętkę, Schotte rusza w pościg za czołówką. Prawie ją dogania mimo zawiei śnieżnej. Zwycięzcą zostaje jednak Fiorenzo Magni. Schotte między 1940 a 1959 bierze 20 razy udział w wyścigu. Z rzędu ma się rozumieć. Jest jego najmłodszym, jak i najstarszym kolarzem.

Fiorenzo Magni dominuje od 1949 do 1951 roku. Włosi go nie lubią, wolą bardziej Fausto Coppiego i Gino Bartaliego. Do Ronde przystępuje z planem: zamknąć buzię rodakom. Wygrać. A jak? Owijka z gąbki, ogumienie z firmy Clement i elementy drewniane w obręczy. Jego drużyna Wilier jest sceptyczna i mu nie wierzy. Włoch, który ma być najlepszy w Ronde? Nigdy. Na starcie „Piękności” staje bez teamu, jedynie z kolegą. Do Brukseli przyjechali dzień wcześniej nocnym pociągiem – z dwoma walizkami i dwoma rowerami. Pomoc oferuje dziennikarz Guido Giardini, który wynajmuje maserów. Gorąca herbata na trasie zawsze się przecież przyda. I tyle. Magni spełnia obietnicę.

W 1950 roku Włoch wspina się na Muur van Geraardsbergen, który zostaje włączony do programu (Oude Kwaremont ma premierę w 1974, Koppenberg w 1976 roku). Cztery lata później wprowadzono system foto-finiszu, wcześniej w ruch szły ołówki i notesik (nadal obowiązujące w niektórych polskich wyścigach). W 1960 roku BRT transmituje ostatnie... 600 metrów Ronde. Ostatnie 600 metrów?!? Powód jest banalny, natury „materialnej”: ekipa telewizyjna dysponowała tylko 300-metrowym kablem. To były czasy. Kiedyś zainstalowano jedną z kamer na Geraadrsbergen. Typ: nieruchoma. Problem polegał na tym, że peleton na podjeździe był 30 minut przed kalkulacją, a technicy udali się na rozgrzewającą kawę do jednej z kawiarni. To były czasy...godefroot

W latach 70. Gandawa żegna się z obowiązkami gospodarza – miasto tak bardzo do serca wzięło sobie funkcję, że organizowało dla kolarzy nawet wczesnoporanne nabożeństwo.

Flandria dla Flandryjczyków. Albo Flamandów? Tak czy siak jednym z nich był Walter Godefroot, w latach 90. szef niemieckiej drużyny Telekom/T-Mobile. Godefroot triumfował w Ronde dwukrotnie: w 1968 i 1978 roku. Mając 16 lat, 57 godzin w tygodniu spędzał w kopalni, po szychcie cztery godziny trenował na rowerze. „Powiedzcie mi, jaki ojciec by swojemu synowi dzisiaj na coś takiego pozwolił? Prawdziwy mężczyzna z Flandrii zawsze atakuje, nawet jeśli spogląda śmierci w oczy”.

Za czasów Godefroota peleton musi pokonać też słynny Koppenberg. Słynny nie tylko przez swoje maks. 22% nachylenia, ale również ze względu na wypadki z lat 1985 i 1987. Najpierw Jan Raas zostaje wybity z rytmu przez nachalnego kibica. Holender nie wytrzymuje i policzkuje natręta.
Ale to jeszcze nic. W 1987 roku samochód z obsługi (konkretnie: przez samochód dyrektora Ronde!) prawie przejeżdża Duńczyka Jespera Skibby’ego, który prowadzi. Skibby jest zły, jego rower nie nadaje się do dalszej jazdy. Kierowca nie zatrzymuje się na mokrej nawierzchni, na której leży Skibby. Skandal gotowy. Koppenberg wylatuje z profilu, wraca w 2002 roku. 500 tys. euro kosztowały prace renowacyjne.

Następnie nastała era Johana Museeuwa, przez którego miejscowość Gistel przejeżdżała „Piękność”, w nowym tysiącleciu epoka Toma Boonena i Fabiana Cancellary. W tym roku Boonena i Cancellary nie zobaczymy. Będą za to Koppenberg, Kwaremont czy Paterberg. Ma być też w miarę słonecznie. Lecz z pogodą to nigdy nie wiadomo. To w końcu Ronde.

fot. velonews.competitor.com; memen.be; bikeraceinfo.com

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: