Raport CIRC, czyli gdzie zmierza kolarstwo

© fot. M.Kosowski/rowery.org

Dlaczego stosunek polskiego światka kolarskiego do dopingu jest hamulcem rozwoju.

Raport CIRC za nami. O tym, że w łonie Międzynarodowej Unii Kolarskiej dochodziło do, delikatnie mówiąc, nadużyć i zaniedbań, wiemy i wiedzieliśmy. To wszystko jest za nami. Co się stało, to się nie odstanie, ubolewać można jedynie, że raport nie w pełni odzwierciedla stan obecnego peletonu - przed Komisją stawiło się zaledwie kilku obecnych zawodowców, stąd obraz może być i zapewne jest nieco wypaczony.

Szkoda, bo Unia Kolarska koncentruje się na teraźniejszości i przyszłości, do której sceptycznie nastawieni lub nieufni jesteśmy najbardziej. W życie wchodzą rekomendacje raportu, od stycznia obowiązują zmiany w przepisach antydopingowych, młode pokolenie kolarzy zarzeka się, że dopingu nie stosuje.

Problem mimo to jest realny, jest tu i teraz, a raport jest tego uwidocznieniem. Jest znakiem zapytania i drogowskazem równocześnie. Zabrzmi to górnolotnie, ale prawda jest taka, że kolarstwo zabrnęło dość głęboko w rozdział "sprzątanie stajni Augiasza" i drogi odwrotu specjalnie już nie ma. Kłopot w tym, że Brian Cookson, jakkolwiek by się dwoił i troił, to Herkulesem nie będzie i w ciągu dnia, miesiąca, a nawet roku kolarstwa nie zmieni. A na pewno nie zrobi tego sam.

Należy pamiętać, że doping w kolarstwie istniał od zawsze, w ostatnich dwóch, trzech dekadach rozkwitając na potęgę, wspomagany przez technikę i przemysł farmaceutyczny. Dlatego w dyskusji o walce z nielegalnym wspomaganiem nie mówimy o wykorzenieniu zjawiska, a raczej zminimalizowaniu go do poziomu marginalnego. Cel szczytny, mało realny, a droga do niego długa i wyboista. Kolarstwo złapie nie jedną gumę, nie raz zaliczy dzwona, tego możemy być pewni.

Trzy pytania

Celem mojego tekstu nie jest bynajmniej analiza raportu, który przeczytałem i dwukrotnie już streszczałem. W świetle jego publikacji i zaleceń, zbieram chodzące mi po głowie myśli, które dotyczą spraw nam bliższych, czyli polskiego światka kolarskiego, w którym, wydawać by się z pozoru, problem nie występuje.

Jak znam życie, to podpadnę, ale chcę pokazać pewien mechanizm i wskazać jak ograniczający może on być dla będącego na fali polskiego kolarstwa. W tym celu najpierw trzy pytania do Ciebie, Czytelniku.

Pytanie numer 1. Czy wszyscy zdajemy sobie sprawę, że raport i cała burza w mediach dotyczy tylko czubka góry lodowej?

Tak, dotyczy tylko WorldTouru. 540 facetów w lykrze i obstawy ekip, pracowników Unii, otoczki. Komisja stwierdziła, że nie ma zorganizowanego dopingu w ekipach WorldTour. Super. Fantastycznie, czasy gdy torebki z krwią rozdawano w autobusie Telekomu czy US Postal już za nami. Sytuacja się poprawia, coraz więcej młodych zawodników opowiada się przeciw dopingowi i nie chce być łączona z wypadającymi z szaf szkieletami przeszłości. Testy działają coraz lepiej. Do poprawy jest sporo, ekip określanych przez kibiców mianem "szemranych" jest kilka, ale w stosunku do tego co było jest postęp.

Pytanie numer 2. Ale co z resztą? Ktoś kiedyś badał poziom niżej? Poziom kontynentalny, poziom regionalny?

I tak i nie. Kontrole są, ale zawodników i ekip więcej, ciężej zbadać. Okej, większość z Was zdaje sobie sprawę, że problem dopingu w drugiej, trzeciej i niższych dywizjach jest pewnie większy niż w WorldTourze. Startujący i ścigający się amatorzy dodaliby pewnie coś o swoich wyścigach, w końcu raport CIRC stwierdza jasno, nie jako pierwszy zresztą, że zawodowcy nie chcą się ścigać w Gran Fondach, bo od amatorów aż dymi. Nie, nie od zapału i dobrych chęci. Od najróżniejszych substancji. Ironia, nie? Jeśli faceta z zawodowego peletonu, teoretycznie wystawionego na obcowanie z dopingiem, odstręczają amatorzy, to chyba mamy problem.

Pytanie numer 3. Czy zdajesz sobie sprawę z faktu, że kwestie poruszone w raporcie dotyczą w zasadzie każdego w kolarstwo uwikłanego?

Tak, Ciebie kibicu. Ciebie sponsorze, organizatorze, trenerze, zawodniku, lekarzu, masażysto, dziennikarzu. Wszystkich po kolei, każdego po trochu.

Przecierasz oczy czytając, przecież żadna komisja do Ciebie nie dzwoniła, w raporcie obok Riccardo Ricco i Tylera Hamiltona na liście zeznających nie figurujesz, nie znajdą Cię nawet wśród anonimowych świadków, generalnie jesteś przeciwnikiem dopingu, strzykawek nie kupujesz od czasu śmigusa dyngusa w podstawówce. Ale teraz pomyśl. Odpowiedz sobie w głębi sumienia – o ilu rzeczach wiesz? Ile rzeczy widziałeś, ile jest spraw, o których wszyscy wiedzą, ale nie mówią? Albo jeśli, to w formie żartu?

Dzwoni dzwonek?

Widzisz? Największym problemem nie jest młody Włoch pakujący kroplówkę przed jakimś Gran Fondo czy trzecioligowy brak talentu śmigający na salbutamolu, testosteronie czy innej mieszance silnych środków przeciwbólowych. Problemem jest powszechna akceptacja i zobojętnienie. To jest coś, co raport opisuje i co wskazuje jako jedną z głównych przyczyn stanu rzeczy jaki dziś mamy.

nibali2015-10fot. ASO/B.Bade

Na Zachodzie nazwą to z włoskiego omertą, zmową milczenia. No bo przecież nie powiesz złego słowa na kolegę, kogoś kogo znasz, kogoś z kręgu. No bo komu? Nie ma dowodów. I po co? To nic nie zmieni. I tak się kręcimy. Większości już dawno przestało to przeszkadzać, lepiej skupić się na wzajemnej adoracji i komplementowaniu. Bo tak łatwiej, możemy sobie razem popatrzeć na opaski Livestrong, powzdychać nad jazdą Contadora i dopingowym błotem obrzucić na przykład Chrisa Froome'a. Takie proste, nic nie musisz wiedzieć, czytać, interesować się.

Cała ta filozoficzna tyrada nie ma na celu zachęcenia nikogo do zamieniania się w Edwarda Snowdena i zasypania mailami skrzynki polskiego antydopingu. Chodzi o ludzkie odruchy, codzienne sytuacje. Bo dopóki w środowisku będzie istniało ciche przyzwolenie na pewne rzeczy, to te pewne rzeczy będą kwitły. Tak jak kwitły gdy Hein Verbruggen i jego podwładni pilnowali żeby od stosowania EPO chłopaki nie dostali zawału. Co bardziej gorliwych miłośników igły zapraszali na wykłady i pouczali, dawali upomnienia. Lata 90., początek ubiegłej dekady. Brzmi znajomo na polskim podwórku?

Nie lekceważyć raportu

Raport w Polsce byłby rozchwytywany przez wszystkich gdyby sypał nazwiskami, ilościami ampułek EPO w żyłach tego czy innego kolarza. Krótko mówiąc, mięsem. Nic z tych rzeczy. Miało być mięso, są sadzonki. Wskazówki, coś na czym można oprzeć zmiany zasad.

Co mówi Komisja? Raport wskazuje luki w przepisach i sugeruje gdzie należy niedociągnięcia poprawić. W wielkim skrócie: badać w nocy, bo koksiarze zamiast przytulać poduszkę romansują ze strzykawką. Weryfikować lekarzy. Przyjrzeć się temu kto i na co dostaje recepty. Zrobić coś z osobnikami, którzy świecili w nocy na rowerze, a po zakończeniu kariery pracują w ekipach, w których, o dziwo, też są wpadki. Zabrać kolarzom dostęp do paszportów biologicznych, to może pomagać przy manipulacji.

Raport wywołał w świecie burzę. Piszą o nim wszyscy, zainteresowanie jest olbrzymie, analizują go wszyscy mający styczność z dwoma kółkami, podejmowane są próby refleksji i zmian. W Polsce przeszedł niemal bez echa, media skupiły się w zasadzie na zacytowaniu anonimowego świadka, który stwierdził, że 90% zawodowców stosuje doping. Kolarskie środowisko obchodzi to w zasadzie tyle co zeszłoroczny śnieg, czy też tyle co... problem dopingu w ogóle. Czyli nie obchodzi. Ile osób przeczytało raport albo chociaż jego część? Ilu dziennikarzy zajmujących się kolarstwem? Ilu zrozumiało? "Po co grzebać w przeszłości?" "To nic nie da", "to wszystko już wiedzieliśmy". I tak w kółko.

Doping nigdy nie był wygodnym tematem, na pewno nie w Polsce. "Niszczysz polskie kolarstwo", "bez komentarza" – to przykłady odpowiedzi, które można usłyszeć po poruszeniu tematu. Zero transparentności, tajniaczenie się i udawanie, że wszystko jest okej, że problem nas nie dotyczy. Takie zachowania to droga donikąd, oznaka myślenia na krótką metę i izolacjonizmu, na który nie można sobie pozwolić, jeśli myśli się o wyprowadzeniu polskiego kolarstwa na szersze wody.

aussie2015
Przykład

Nie wierzycie, niespecjalnie widzicie związek. Nie będę gołosłowny, podam przykład. Popatrzcie na Wielką Brytanię i Australię. Ilu mają kolarzy światowej klasy? Ile medali wygrywają co roku torze? Geraint Thomas, Rohan Dennis, Melissa Hoskins, Amy Cure, Simon Gerrans, Ben Swift. I tak dalej. Masa zawodników i zawodniczek ze światowego topu, tysiące adeptów, amatorów, szkółki, różne programy mistrzowskie i olimpijskie.

Wiecie jak to działa? Są pieniądze, masa sponsorów, jest spore zainteresowanie. Związki nie borykają się z pustkami w kasie, mają możliwości szkolenia fantastycznej młodzieży. Sponsorzy przychodzą, bo widzą w tym pewną lokatę. Bo dominuje myślenie przyszłościowe, bo system jest zorganizowany, transparentny i "produkuje" zawodników, którzy zasilają najlepsze ekipy i wygrywają medale na każdej imprezie na jakiej się pojawią. I którzy nie wpadają na dopingu, przeciwnie, są stawiani jako przykłady i głośno wypowiadają się na temat oszustów, co dodatkowo zwiększa zasięg systemu i rzecz jasna sponsora.

Nie polityką antydopingową napędzane są jednak mięśnie brytyjskich szosowców i australijskich gwiazd toru. Zabrzmi to nad wyrost optymistycznie, ale systemy w coraz większej ilości krajów oparte są o pracę w pocie czoła z najnowszymi zdobyczami techniki i wykwalifikowanymi trenerami, bo dziś, w większości wypadków, to właśnie gwarantuje sukces, a nie tabletki i strzykawka. Raz, że o wpadkę znacznie łatwiej, dwa, że w środowisku nie ma akceptacji dla oszustwa, a dopingowiczów jest mniej i zyski z nielegalnego wspomagania nie są już tak duże. Trochę jak ze ściąganiem na teście z matmy. Spróbuj to zrobić w szkole albo uniwersytecie w Anglii, a zobaczysz co się stanie. Wylecisz zanim zdążysz powiedzieć "wydziarany Bradley Wiggins".

W Polsce widać już oznaki zmian na lepsze - coraz więcej kolarzy pracuje z pomiarem mocy, kadra jeździ na zgrupowania, powoli rusza Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa, mamy nawet coś na kształt ADAMSa. To dobry punkt wyjścia do dalszej (stopniowej) implementacji wzorców sprawdzonych już na świecie. Chloe Hosking, australijska zawodniczka, pisała kiedyś, że na seminaria antydopingowe uczęszczała od 13. roku życia, system ADAMS wypełniać zaczęła w wieku lat 19. To samo w Wielkiej Brytanii, British Cycling oprócz gruntownej edukacji oferuje np. aplikację na telefon, dzięki której zawodnik może sprawdzić przepisy, listę, skonsultować zawartość leku.

Zastanów się, ilu Brytyjczyków czy Australijczyków z dopingowym przypadkiem w ostatnich 5 latach jesteś w stanie wymienić? No właśnie, pewnie poza Jonathanem Tiernanem-Lockiem ani jednego. Transparentny system, oparty o edukację antydopingową i treningi z wykorzystaniem najnowszych technologii daje sukcesy na skalę masową, nie punktową. Za tym ciągną sponsorzy, media i pieniądze. A te z kolei napędzają system. Koło się zamyka.

To oczywiście nie znaczy, że doping wyparował z Australii i Wielkiej Brytanii. Wyliczać można kłopoty dotyczące choćby ekipy Sky - kwestie środków przeciwbólowych, nadużywania TUE czy doktora Leindersa. Kwestia dopingu zawsze pozostanie kwestią wiary, choć jeśli weźmie się pod uwagę, że np. synowie Albionu nie mają kłopotów z odpowiedziami na niewygodne pytania, a Chris Froome przed Tourem 2013 badany był średnio co tydzień, a podczas wyścigu co najmniej codziennie, to umiarkowany optymizm ma już jakieś podstawy.

Giro d'Italia 2014, 2a tappa: Belfast-Belfastfot. Fabio Ferrari/Lapresse

Co z tego wynika dla Polski?

Raport CIRC to nie tylko podsumowanie tego co wiedzieliśmy. To milowy punkt na drodze, którą jedzie kolarstwo. Drugi, jak wskazuje Anne Gripper, była szefowa antydopingu UCI. Początkiem, krokiem absolutnie niezbędnym, było udowodnienie Lance'owi Armstrongowi wieloletnich oszustw i dopingu. CIRC obnażył drugą stronę – instytucje i ludzi rządzących kolarstwem, którzy dołożyli swoją cegiełkę do dekad zbudowanych na kłamstwach i nadużyciach.

Raport i cała afera będzie prawdopodobnie podwaliną dalszych działań UCI. Jak widzimy, już jest. Brian Cookson to prezydent spokojny i wyrachowany, nie sięgający błyskawicznie po colta, ale działający powoli i skutecznie. Będzie krytykowany, ale ma za sobą agencje antydopingowe, WADA i coraz więcej kolarzy i fanów.

Zmiany na górze to jedno, to co dzieje się na innych poziomach, w poszczególnych krajach, to drugie. I to drugie może zależeć w jakiejś małej części od każdego z nas. Bo kluczowa jest zmiana myślenia – to ona pozwoli na realizację nowych projektów, na rozwój i wyjście ze starych i zwapnionych struktur. Bez tego można zapomnieć o długofalowych celach i nawiązaniu do światowej czołówki, która odjeżdża. Tym razem wspomagana nie EPO, a innowacjami, długofalowymi planami i organizacją.

© fot. M.Kosowski/rowery.org

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: