Don Pat i Don Hein

Nihil novi. Miała być erupcja, mieliśmy przeczytać wiele „nieprzyjemnych rzeczy”. Lecz w nasze ręce trafiły jedynie potwierdzone wcześniejsze zarzuty i podejrzenia o brudnej, ciemnej jak przetaczana krew Lance’a przeszłości Międzynarodowej Unii Kolarskiej. I dużo to, i mało równocześnie.

Właśnie przeglądam raport niezależnej komisji prawdy, której śledztwo co prawda trochę się przeciągało, ale nareszcie zakończyło. Odnotowano w nim wiele wykroczeń i machinacji prawnych, jakich dopuścił się słynny już na cały sportowy świat tandem Verbruggen – McQuaid. Ten pierwszy był królem, ten drugi księciem, a praktycznie chłopcem na posyłki. Gościem od czarnej roboty. I kiedy Jego Ekscelencja Hein po czternastu latach naginania różnych, różnistych kodeksów stwierdził, że nadszedł czas, by pałeczkę przekazać młodszemu żołnierzowi, następca tronu Pat był zwarty i gotowy. Przejął dziedzictwo swojego wielkiego nauczyciela i kontynuował przedziwną politykę. Politykę zbudowaną na przymykaniu oka, tolerowaniu dopingu, ubóstwiania pewnego butnego Teksańczyka.

Nic mnie w tym sprawozdaniu nie szokuje, bo szokować już po prostu nie może. Wszystkie inkryminacje czy ploteczki przewijały się od dawien dawna przez internety. Różnica polega na tym, że do poniedziałku mieliśmy do czynienia wyłącznie z domysłami, domniemaniami, pogłoskami. Po wyjściu na jaw dokumentacji CIRC czarno na białym przewijają się przed naszymi oczami grzechy Unii. Żadne mniejsze czy większe grzechy. Same większe.

Zaskoczyły mnie wyłącznie trzy sprawy. Pierwsza: McQuaid już pół roku przed wyborami w 2005 roku otrzymał nie-oficjalne stanowisko w UCI, na którym przygotowywał się do prezydentury. Oczywiście Irlandczyk był sowicie nagradzany za wypełnianie swoich obowiązków. Ciekawe, co do nich należało. Chyba chodzenie na kolejne lekcje dotyczące oszustw prowadzonych przez Verbruggena. Potencjału Hein pozazdrościć mógłby nawet Frank Underwood...

Druga: ponieważ o postępach prac trzyosobowego gremium nie informowały media, jego dochodzenie owiane było tajemnicą. Jak się okazało, tercet przesłuchał niebagatelną ilość świadków, bowiem ponad 200. Większość z nich zeznawała po kilka godzin. Oprócz zawodników, działaczy pytania zadawano również m.in. menadżerom. Super, brawo. Tylko dlaczego nie zapraszano osób, bez których te kolorowe wewnętrzne systemy dopingowe na przełomu wieków, czyli lekarzy maczających palce w organizację podobnych siatek?

Pewnie żaden z nich z własnej nieprzymuszonej woli nie stawiłby się przed komisją. Ale przecież żaden przestępca z własnej nieprzymuszonej woli też nie zgłasza się na komisariat policji przyznając się do popełnienia takich czy innych niezgodnych z prawem czynów. Jeśli chciano naświetlić dokładnie farmaceutyczną historię skorumpowanej UCI, trzeba było ściśle współpracować z prokuraturą i wysłać poszczególnym osobom wezwania, ponieważ sama komisja nie miała takiej mocy. Taki a taki stawi się w taki a taki dzień pod groźbą doprowadzenia przez policję. I basta.

A tak mieliśmy wprawdzie mocne szeregi zeznających, którzy jednak odwiedzili panów CIRC z jedną myślą: dzięki kooperacji mogę skrócić sobie karę zawieszenia. Reszta ucięła sobie, jak to nazwał Krzysiu Froome, „pogawędkę”. Przy kawie i ciastkach. Zamiast prawdy jest pół-prawda.

Raport nie wniósł więc nic nowego, lecz dobrze, że go sporządzono. Przynajmniej wiemy, że to już nie domysły, a fakty. Szkoda jedynie, że nie udowodniono Verbruggenowi i McQuaidowi korupcji, wtedy można byłoby ich ścigać nakazem prokuratury. Chyba nikt nie wierzy w to, że między wpłatami Armstronga na konto UCI a kasacją jego pozytywnych wyników nie ma żadnych, ale to żadnych punktów stycznych. Hmm, jasne... Holenderski dwór królewski Heine może się cieszyć z zasady domniemania niewinności.

Trzecia: McQuaid był marionetką. Kto by jednak przypuszczał, że w tym teatrze lalek był hersztem wśród marionetek? Na ważne listy przychodzące do UCI odpisywał, bądź sporządzał szkice, Don Vito Hein, który sterował swoim podwładnym. Z każdego miejsca na świecie. Mógł się znajdować na Karaibach, w swoim domu bądź na jakimś piwie z Lance’m. Niewykluczone, że mówił mu na dodatek, co powinien zjeść na śniadanie...

Ok., co teraz? Jak żyć po raporcie? Opcji nie ma zbyt dużo, by nie powiedzieć, że nie ma żadnej. Przewagę utrzymuje koncepcja mówiąca o odcięciu się UCI Briana Cooksona od strzykawkowych dziejów i o zarządzeniu kolarskiego new deal, co już po prawdzie uczynił. Z tym wiąże się odbudowa wiarygodności i wizerunku związku. Co się stało, to się nie odstanie. Nie wolno zapomnieć, nie można jednak wciąż wałkować tych samych tematów. Odciąć dopływ prądu Verbruggenowi i spółce, publicznie zdyskredytować tych wszystkich krętaczy. Tam, gdzie się da, włączyć prokuraturę.

I jeszcze jedno: stworzyć precedens, a po tym precedensie zmienić reguły. Na dzień dzisiejszy UCI nie może pozbyć się Astany z grona ekip WorldTour, bo dysponuje takim, a nie innym ustawodawstwem. Ukarać można jedynie pojedynczych kolarzy, nie cały team. W myśl tego Astana wyleciałyby, gdyby wszyscy zawodnicy wpadli na dopingu. Wtedy i tylko wtedy.

W takich sytuacjach powinna zadziałać „odpowiedzialność zbiorowa”. Jak kiedyś w szkole: trzech nabroiło, cała klasa nie jechała na upragnioną wycieczkę do Zakopanego. Tak, jak było w 2008 roku, kiedy Astana z obrońcą tytułu została wykluczona z Tour de France. Amaury Sport Organisation (ASO), choć swoje za uszami też ma, pokazała jaja. UCI przed tym egzaminami jeszcze stoi. Niech wejdzie ten nowy ład.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: