Kolarz wie najlepiej

„Kurka, ale wieje...” „No, a widziałeś tą piaskową burzę? Może odwołamy etap?”. Jak zapowiedzieli, tak uczynili. Peleton zastrajkował i przedostatni odcinek Tour of Oman nie doszedł do skutku. I jak to w życiu bywa, jedni uznali decyzję Fabka Cancellary i spółki za słuszną, drudzy ich potępili.

Wśród tej ostatniej grupki znalazł się nie byle kto, bowiem Eddy Merckx. Kolarz-legenda. Kolarz-czempion. Kolarz-wyrocznia. Przypadkowo jednak „Kanibal” jest również odpowiedzialny za pustynny wyścig i należy do grona najpoważniejszych ambasadorów Omanu. Chociaż z pochodzenia Belg, stał się w rzeczywistości twarzą reklamową numer jeden kolarskiego Półwyspu Arabskiego. Eddy w Emiratach jest kimś. Również tamtejsze wyścigi rozgrywane w Zatoce Perskiej chcą być kimś, albo raczej czymś.

Dubai Tour, Tour of Oman, Tour of Qatar czy Abu Dhabi Tour stały się najważniejszymi imprezami w pierwszym kwartale sezonu. Sprzyjający klimat, znakomita oprawa i opieka, do tego całkiem pokaźne premie przyciągały na Bliski Wschód nie tylko drużyny z topu, bo takie występują nawet w mniejszych wyścigach, lecz przede wszystkim zawodników z uznanymi nazwiskami. Przez listy startowe przewijali się czy to Bradley Wiggins, czy Chris Froome czy Vincenzo Nibali. Doborowe towarzystwo.

Ten zakątek świata wylądował też na celowniku Międzynarodowej Unii Kolarskiej w dalszym ciągu, w mniejszym bądź większym stopniu, propagującej ideę globalizacji. Trach, ciach, bach, proszę bardzo, w przyszłym roku w Katarze odbędą się szosowe mistrzostwa świata. W komitecie organizacyjnym, jeśli dobrze widzimy, natrafić można na znaną postać. Tak, to Merckx, który za jeden z głównych argumentów przemawiających za przyznanie Katarowi funkcji gospodarza czempionatu wymienił nomen omen nieobliczalny wiatr.

A jeśli już przy nim jesteśmy. Komu chciałoby się przy burzy piaskowej i perfidnym upale powyżej 40 stopni jeszcze się ścigać? Ścigać, nie sobie rekreacyjnie pedałować na odcinku 60 czy 100 kilometrów. Są jacyś chętni? Kolarz, mimo tego, że zawodowiec, to nie roboto-maszyna. Zresztą, gdyby nawet taką był, to w Omanie i tak daleko by nie zajechał. Kilka odrobinek piasku w trybikach i cała maszyneria przestaje działać.

Niejednokrotnie bohaterowie szos udowodnili, że nie są jakimiś beksami czy mięczakami, że niestraszne im naprawdę ciężkie warunki atmosferyczne. W śniegu, mrozie czy wichurze – nieraz kręcili dzielnie do mety. Kiedy wspinali się podczas zeszłorocznego Giro d’Italia na Stelvio nikomu nie przyszło do głowy, zeskoczyć z roweru. Zneutralizować zjazd, jak najbardziej, z przyjemnością. Zatrzymać na kilkanaście minut wyścig, jak w Mediolan-San Remo, wsiąść do autokarów i się ogrzać, też bardzo proszę, ale nie dobrowolnie zrezygnować z etapu. Co to, to nie! Kiedy miniformatowa trąba powietrzna nawiedziła peleton Tour de Pologne, żadnemu zawodnikowi przez myśl nie przeszło, by się poddać. O wiele bardziej od nich samych, panikowali dyrektorzy sportowi w samochodach dbający o bezpieczeństwo swoich pupili.

Hasło safety first. Nawet, bądź tym bardziej, kosztem show. Kolarze, chyba jak żadni inni sportowcy, zdają sobie sprawę z tego, na ile mogą sobie pozwolić w takiej czy innej hardcore’owej pogodzie. Oni dysponują takim sejsmografem, który pokazuje im poziom ryzyka. Jak do tej pory ta intuicja, to wewnętrzne urządzenie, nazwijmy je po prostu zdrowym rozsądkiem, ich nie zawiodło. Merckx, przecież niegdyś doskonały fighter dwóch kółek, powinienem o tym wiedzieć. A nie wie.

Bo Eddy siedzi teraz po drugiej stronie barykady. Tam, gdzie niekoniecznie liczy się dobro tych szaleńców na rowerach, tylko interesy głównych sponsorów i kasiora z transmisji telewizyjnych. Neutralizacja, i co gorsze kompletne odwołanie choćby jednego etapu, równa się skandalowi. Afera generuje więcej informacji w mediach fachowych, renoma wyścigu nieco podupada. Oman już nie jest krajem mlekiem i miodem płynącym.

„Czy jazda podczas deszczowego Paryż-Roubaix jest zbyt niebezpieczna? Jeżeli jest coś bardziej niebezpiecznego, powinieneś poszukać sobie innego sportu” – pytał Merckx. Ojej Eddy, a Ty powinieneś poszukać sobie innej fuchy. Owszem, deszczowe Roubaix jest niebezpieczne. Lecz to jest „Piekło Północy”, a nie, z całym szacunkiem, wyścig z próbówki gdzieś hen, hen daleko na pustyni! To impreza z klasą, impreza kultowa. Za zwycięstwo w niej niejeden poświęciłby wszystko. Czy któryś z zawodników w peletonie zrobiłby to samo dla triumfu w Omanie? Nawet za milion dolarów? Wystąp, panowie, wystąp!

Kolarstwo to nie wojna, jak zauważył Tom Boonen, gdzie wszelkie ofiary ludziach są wkalkulowane. Kolarstwo to sport, skoki narciarski to też sport. Jak na skoczniach tego świata wiatr pizga z prędkością xxx km/h, zagrożenie jest poważne, to nikt nie jest na tyle głupi, by puścić klienta z belki. Nikt nie jest na tyle głupi, bo w skokach czy też innych dyscyplinach obowiązują pewne ogólne normy "asekuracyjne". W kolarstwie ich nie ma.

Sporo racji w tym, co mówi, ma były szef Michele Acquarone – pomińmy w tym punkcie jego zarzut o defraudację. Włoch stwierdził, że obecnie największą władzę posiadają dyrektorzy wyścigów, dla których mały kolarz to jedynie... mały, nic nieznaczący kolarz. W ogólnym rozrachunku jest tylko pionkiem potrzebnym mu do gry, czyli do zbijania mamony. Acquarone apeluje o spisanie konkretnych zasad bezpieczeństwa, sprawą zajęła się UCI, która pracuje nad sporządzeniem specjalnego regulaminu dotyczącego przebiegu wyścigów w ekstremalnych sytuacjach pogodowych.

Świetnie, lepiej późno niż wcale. Tylko niech się Unia pospieszy, niech zareaguje tak szybko, jak chociażby w rozdmuchanej, śmiesznej aferze pośladkowej E3 Prijs. Dwa telefony i plakaty zostały zdjęte. Jedna prośba, żeby te nowe przepisy były zdroworozsądkowe tak samo, jak zdroworozsądkowi są kolarze. Wtedy i Eddy nie będzie miał nic więcej „mądrego” do powiedzenia.

fot. Tim De Waele

If you have found a spelling error, please, notify us by selecting that text and pressing Ctrl+Enter.

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: