Dzięki Cadel!

Wspomnienie kariery najbardziej utytułowanego australijskiego kolarza w historii.

Cadel Evans zakończył wczoraj zawodową karierę. Na trasie australijskiego wyścigu swojego imienia zajął piąte miejsce, kończąc tym samym wieloletnią i bogatą w sukcesy karierę.

Gdyby ktoś zapytał mnie o ulubionych kolarzy w peletonie, ciężko byłoby dać jasną odpowiedź. To nie to, że nikogo nie lubię, ale perspektywa zmienia się - inaczej patrzy się na sport jako kibic przed telewizorem, inaczej gdy wyścigi ogląda się na żywo, pisze się o nich i ma się mniejszy lub większy wgląd w świat zawodowego peletonu. Dlaczego zatem piszę tekst o Cadelu Evansie? Powód jest bardzo prozaiczny - karierę skończył właśnie kolarz, dzięki któremu wciągnęło mnie kolarstwo, którego jazda na trasie Tour de France zachęciła mnie do odkrywania sportu dwóch kółek.

37-letni Evans to najbardziej utytułowany kolarz historii swojego kraju, człowiek, który bardzo wysoko zawiesił następcom poprzeczkę. Żaden Australijczyk przed nim i po nim nie wygrał Pucharu Świata w kolarstwie górskim (1998, 1999), mistrzostw świata (2009) czy Tour de France (2011). Nosił koszulki lidera wszystkich Grand Tourów, stał na podium Giro d'Italia (2013) czy Vuelta a Espana (2009). O jego sukcesach można pisać długo, jeśli nie mieliście okazji oglądać bujającego się na rowerze Australijczyka w akcji, to sieć pełna jest relacji video i raportów.

Cadela miałem okazję spotkać raz, podczas Giro d'Italia 2014, najpierw na konferencji i spotkaniu przed wyścigiem, a potem... na skrzyżowaniu w Dublinie. Na żywo robi bardzo dobre wrażenie, jest spokojny, uprzejmy, a wśród kolegów tryska humorem, nawet w deszczu opowiada kawały. Pamiętam, że po etapie w Dublinie, z mety do biura prasowego i autokarów były chyba ze dwa kilometry. Dystans pokonałem bardzo szybko, podążając za jadącymi w kierunku parkingu kolarzami. Byłem oczywiście na szarym końcu i nie załapałem się na zamknięty ruch. Korek jako diabli, stoję na czerwonym. Zupełnie jak Australijczyk - przyjechał jako jeden z ostatnich, stanął na światłach i oparł się o słup obok mnie. Chłopaki z Ag2r nie mieli tyle cierpliwości i wcisnęli się za jakimś dostawczakiem. Musiałem mieć strasznie głupią minę, w końcu obok mnie stała legenda peletonu. Mistrz świata z Mendrisio spojrzał na znikających za zakrętem Francuzów, potem na mnie i moją plakietkę z akredytacją, wyszczerzył zęby i wystartował na zielonym.

Evans to zawodnik "starej generacji", ścigający się na szosie w czasach, gdy doping był codziennością, nieodłącznym towarzyszem zawodowców, "jak makaron przed treningiem". Nie mam złudzeń co do zawodowego sportu i daleki jestem od ferowania wyroków na temat tego kto stosował zabronione wspomaganie, a kto tego nie robił. Jednak sam fakt, że przez wszystkie lata swojej kariery nazwisko Evansa nigdy nie pojawiło się w kontekście żadnej afery, że nigdy nie był też łączony z żadnym podejrzanym doktorem (choć jego przygoda na szosie zaczęła się od testu u doktora Michele Ferrariego), mówi samo za siebie.

Powtarzając więc za francuskimi fanami, którzy kilka lat temu żegnali tymi słowami Davida Moncoutie: Dzięki Cadel. Za wszystko co robiłeś. I za wszystko... czego nie robiłeś.

Skoro jesteśmy przy fanach, kibiców Australijczyka na pewno zainteresuje porównanie fizjologicznych parametrów 22-letniego Cadela Evansa i 22-letniego Lance'a Armstronga. Warto.

A teraz, jeśli pozwolicie, trochę wspomnień. The best of Evans. Cadel Evans.

Mendrisio 2009

[youtube

Mistrzostwo świata. Podręcznikowa robota. Po pechu na Tourze i Vuelcie, Evans stanął na starcie wyścigu o tęczową koszulkę jako lider reprezentacji Australii. W szwajcarskim Mendrisio, na drogach, na których trenował, w niewielkiej odległości od domu swojego wieloletniego trenera, kryształowo uczciwego śp. Aldo Sassiego, Evans nie bawił się w kalkulacje i po prostu odjechał. Hiszpanów zgubiło oglądanie się na siebie (przecież Valverde nie wyjdzie na zmianę Cancellarze!), Cancellara nie zamierzał nikogo dowieść na finisz i grupka asów na ostatnich kilometrach została sama.

Tour de France 2011

Evans na podium Touru stał poprzednio dwa razy, w 2007 roku 23 sekundy za Alberto Contadorem, rok później 58 sekund za Carlosem Sastre. W 2011 sprawy w swoje ręce wziął od początku. Jazdę drużynową na czas jego BMC mogło wygrać gdyby nie uślizg jednego z kolegów na pierwszym zakręcie. Evans triumfował za to na czwartym etapie, na Mur de Bretagne pokonując Alberto Contadora.

Evans do ofensywy przeszedł na 16. etapie – ataki na zjazdach w deszczu pozwoliły zyskać czas nad braćmi Schleck i nałożyć presję na narzekającego na bolące kolano Contadora. Australijczyk stanął przed wyzwaniem swojej kariery na etapie 18, co, przynajmniej dla mnie, było najpiękniejszym odcinkiem Grand Touru jaki widziałem. Evans został sam na czele grupy faworytów i u stóp Col du Galibier miał kierować pogonią za atakującym Andy Schleckiem, który 10 kilometrów przed metą notował 4:20 przewagi nad pościgiem. Mimo olbrzymiej presji i braku jakiejkolwiek pomocy, Evans stanął na wysokości zadania i zredukował straty, po drodze urywając z grupki Alberto Contadora.

Na 4, może 3, kilometry przed metą usłyszałem w słuchawce dyrektora sportowego, który powiedział mi: "urwałeś z koła Alberto Contadora!" Każdy kolarz wie co oznacza urwać kogoś z koła. No wiecie, ale urwać Alberto Contadora, na Galibier, z wiatrem w twarz, to jest coś, no super, jedziemy dalej, zachowaj trochę energii na końcówkę"

– wspominał Evans podczas powitania w Australii.

Losy koszulki ważyły się do przedostatniego etapu. Evans po raz drugi znalazł się w sytuacji, gdzie na finałowej czasówce musiał zdobyć maillot jaune. Tym razem poszło gładko – już po pierwszych kilometrach było widać, że Luksemburczyk jedzie wolniej. Jak ujął to wtedy red. Jaroński: (cytuję z pamięci) "nie no, tu już jest pozamiatane, Evans to jest czołg, on się nie zatrzyma, jemu jak idzie, to już idzie". I poszło. Evans rozpędził się tak, że zdołał nawet postraszyć najszybszego na trasie Tony'ego Martina, na mecie meldując się 7 sekund za Niemcem.

Na Polach Elizejskich Evans rozpłakał się – dokonał czegoś, czemu podporządkował niemal dekadę swojego życia, spełnił marzenie, na drodze do którego potykał się i upadał wiele razy.

Fleche Wallonne 2010

Australia kontra hiszpańska armada. Najpierw Igor Anton, potem Alberto Contador i Joaquin Rodriguez szturmujący Mur de Huy. Evans w koszulce mistrza świata znika na chwile z obrazu kamer, by odpalić silniki w końcowej części i na ostatnich metrach minąć wszystkich.

Giro d'Italia 2010

Wyścig specyficzny, pełen pasjonującej walki. Pamiętacie ucieczkę do L'Aquili? Albo etap na Aprice i szaleńcze zjazdy Davida Arroyo? Evans w Italii zajął 5. miejsce, a w historii wyścigu wpisał się zwycięstwem na deszczowym etapie na szutrowych drogach do Montalcino oraz przegranym pojedynkiem z Ivanem Basso na zboczach morderczego Monte Zoncolan.

Montalcino:

fot. Lapresse

If you have found a spelling error, please, notify us by selecting that text and pressing Ctrl+Enter.

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: