Chore pomysły

Pewien magnat browarnictwa z mroźnej Syberii zamierza nam odebrać trzytygodniowe wielkie toury.

A niech sobie Oleg Tinkov gada, co mu ślina na język przyniesie, mocy decyzyjnej, jak na razie, to nie ma żadnej. Jedynie w swoim teamie jest panem i władcą, sponsorem, trefnisiem i pierwszym po Bogu. Gorzej, że największe  etapówki w kalendarzu zawadzają również UCI. A tego zrozumieć już nie sposób. Nada panowie, nada.

Tinkov uważa, że gwiazdom kolarstwa należy stworzyć warunki do konfrontacji od Giro d'Italia, przez Tour de France, aż do Vuelta a Espana. A kolarstwo to nie Igrzyska Olimpijskie. Tu sam udział chwały przynosi. Gdyby chodziło wyłącznie o zaliczenie w jednym sezonie wszystkich grand tourów, bezdyskusyjnym królem szosy i mistrzem nad mistrzami byłby Adam Hansen. Australijczyk nieprzerwanie od imprezy pod hiszpańskim słońcem w 2011 roku staje na starcie narodowych wieloetapówek. On nie tylko w nich jeździ, on nawet wygrywa etapy, a przede wszystkim zawsze melduje się na mecie.

Czego chce więc Tinkov? Wszyscy już o tym słyszeliśmy. Milionerowi zamarzyło się, by najlepsi zawodnicy świata powalczyli o triumf w Tourze, Vuelcie i Giro. O koronę. Z własnej kieszeni, która jednak zważywszy na kryzys gospodarczy w Rosji robi się coraz to bardziej pusta, zaproponował milion euro do podziału. Oczywiście pretendenta do nagrody głównej upatruje w Alberto Contadorze. Wiadomo, przecież to człowiek z własnej stajni, więc poniekąd pieniądze zostałyby w rodzinie.

Poprzez spełnienie swojego postulatu Tinkov chciałby uatrakcyjnić medialnie kolarstwo, by więcej kibiców zasiadało przez odbiornikami, by więcej przychodziło na wyścigi. Za tym wszystkim, oprócz wielkodusznych zamiarów mających na sercu dobro kolarstwa, w rzeczy samej kryje się  dobro własnego interesu. Więcej kibiców w kapciach = większa rozpoznawalność własnej firmy = więcej reklam = większy zarobek. Im kolarstwo będzie ciekawsze, nowocześniej transmitowane z wykorzystaniem czy to mini-kamer, czy poprzez system nawigacyjno-lokalizacyjne oraz sygnał z pulsometrów, z czym się wielokrotnie spotkaliśmy, tym większa szansa przyciągnięcia do naszego sportu osób, które dopiero niedawno usłyszały o monumentach, tourach czy tęczowej koszulce. Żyjemy w czasach, gdzie większe znaczenie od treści ma obrazek. Obrazek zapewnia telewizja. Telewizja z kolei może wysupłać kasę. Kasą z chęcią zaopiekują się zespoły zawodowe z topu, ich menadżerowie czy ludzie trzymający władzę, jak Tinkov. Z tego też powodu stworzono nowy ruch, który zaprezentowano w listopadzie ubiegłego roku.

Jego nazwa brzmi Velon. Spotkało się jedenaście ekip worldtourowych, pogadali sobie, zjedli ciasto, napili się kawy, herbaty (do wyboru). Kilka zdań od siebie powiedział wywodzący się z branży piłkarsko-medialno-marketingowej Graham Bartlett . Bartlett ma być liderem projektu, który co prawda podkreśla, że chce się przyczynić do reformy i globalizacji kolarstwa, jednocześnie sygnalizuje jednak wolę zarobienia na tej (r)ewolucji. Chęć zbijania zielonych sama w sobie nie jest niczym złym czy godnym potępienia. Tyle że wszystko zależy od idei i koncepcji, według której na kontach bankowych będzie przybywać coraz to więcej zer.

Grupy francuskie, Katusha, Astana i Movistar nie zasiliły programu Velon. Marc Madiot, legendarny szef FDJ, stwierdził, że inicjatywa może i słuszna, ale bez konkretnych zarysów. A Jean-René Bernaudeau z Europcaru jest zdania, że Velon chce doprowadzić do przekształcenia dotychczasowego funkcjonującego modelu na system zarządzenia znany z całkowicie profesjonalnych lig amerykańskich jak NBA czy NHL. W nich dysponując flotą, jesteś kimś. Nie mając złamanego grosza, jesteś nikim. Gdyby rzeczywiście Velon chciałby przysporzyć się do profesjonalizacji kolarstwa, to istnieje niestety obawa, że przemiana nie wyjdzie naszej dyscyplinie na dobre. Nic przeciwko zawodowym zasadom, współpracy, zarabianiu pieniędzy na dobrym produkcie, który będzie można sprzedać telewizji. Jednak na dzień dzisiejszy Velon składa się jedynie z samych – i to nie wszystkich – drużyn z pierwszej dywizji, nie było mowy, by projekt wziął pod swoje skrzydła grupy z niższych lig. Nożyce, przepaść między bogatymi i ledwo wiążącymi koniec z koniec mogłaby się powiększyć. Paradoksalne wadą profesjonalizacji może być... de-profesjonalizacja innych teamów.

Oprócz tego o Velon tak naprawdę to nie wiadomo nic po za tym, co powiedziano dwa miesiące temu. Zresztą powiedziano tam niewiele, pokazano raptem krótki filmik, którego ponad połowę stanowią zmontowane nagrania z kamerek podsiodełkowych. Jedno jest pewno, chodzi o wpływy z praw telewizyjnych, a tu niemal monopolistyczną pozycję zajmuje  Amaury Sport Organisation. Francuzi egoistycznie nie zechcą dopuścić innych  do złotodajnego źródełka. Większość najważniejszych wyścigów etapowych i jednodniowych  należy do ASO. Zyski liczone są w dziesiątkach milionów. W sumie, na taki stan rzeczy uczciwie zapracowali. Inni jednak z zazdrością patrzą na ASO, bo chcieliby otrzymać choć kawałek tego smakowitego tortu.

ASO nie popiera Tinkova, dążącego do redukcji wyścigów trzytygodniowych do dwóch tygodni, a Tinkov jest  jedną z najważniejszych person w Velon. Dobrze, że w ruchu zasiada również dyrektor Giro Mauro Vegni. Włoch ma nieco inne stanowisko niż Rosjanin. Inne stanowisko niż Międzynarodowa Unia Kolarska.

Brian Cookson najpierw zapowiedział wielkie boom w terminarzu startowym, odchudzenie dni wyścigowych, przemeblowanie infrastruktury zespołów. Super. Niestety z dużej chmury, mały deszcz. Brytyjczyk swój urząd sprawuje dopiero od roku z hakiem, wiele kwestii w tym czasie zostało już poruszonych – wielki plus dla władz –, lecz z realizacją sprawa wygląda przeciętnie, by nie powiedzieć źle – wielki minus. Cookson w kilku swoich wywiadach zasugerował, że nie jest przeciwnikiem okrojenia Giro i Vuelty. Czyli, kawa na ławę, okrojenia tradycji kolarstwa.

Z ręką na sercu: czy ktoś z Was wyobraża sobie dwutygodniowe Giro, dwutygodniową Vueltę? Wyobrażacie sobie, by wyścigi, które są elementarną częścią historii kolarstwa, były tylko nieco dłuższe od np. Tour of Qinghai Lake i straciły poniekąd status grand? Cookson wiele o tej historii mówi. Mówi o tym, jak bardzo dla niego ważne jest dziedzictwo sportu, jak bardzo trzeba je pielęgnować. Z drugiej jednak strony otwarcie insynuuje możliwość pozbawienia wielkich tourów ich charakteru. Te jak żadne inne eventy generują oglądalność telewizyjną. A ta dla Unii jest ważna, bardzo ważna. Po co więc strzelać sobie w kolano, nawet takimi głupimi, przemyślanymi-nieprzemyślanymi wypowiedziami? Who knows. Unia jest dziwna.

Priorytetem Cooksona jest kuracja odchudzająca dla WorldTouru. Ok. Dlaczego kosztem trzytygodniówek? Bo tak jest najprościej? Najprościej jest nieco przyciąć rozpiskę, niż wyrzucić z elitarnej grupy wyścigi nowe, świeże, wyścigi z próbówki? Myśląc logicznie, UCI zamiast zastanawiać się nad kastracją wielkich tourów i zagraniu na nosie ASO powinna przyjrzeć się sensowności worldtourowej egzystencji kanadyjskich jednodniówek czy – z całym szacunkiem – Eneco Tour.

Jestem święcie przekonany, że federacja wycofa się ze swoich intencji, a Velon będzie kolejnym strachem na wróble, kolejną nieudaną próbą modernizacji, modyfikacji, przebudowania obowiązujących układów bez kooperacji z Unią. UCI można krytykować – należy! –, można ją lubić czy nie lubić. Błędne jest jednak przekonanie, że reformy dokona się poza auspicjami związku, jaki by on nie był. Gdyby jedynie jeszcze UCI nie wpadała na tak „fenomenalne” pomysły... Zapomnieli widocznie, że wielkie toury i klasyki to niemalże jedyne elementy stałe w kolarstwie szosowym, które stanowiły o jego rozwoju.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: