Afera Astany: Rojas i Marcato czują się niewinni, Kennaugh reaguje

Banda gangsterów, która zgromadziła się wokół dr. Michele Ferrariego, miała zgarnąć 30 mln euro, jak informuje Gazzetta dello Sport.

Dziennik cytuje kolejne fragmenty 550-stronnicowego raportu prokuratury z Padwy. Przypomnijmy, że w śledztwie wyszło na jaw, iż klientami „doktora zło” byli zawodnicy zespołu Astana. Kazaska ekipa otrzymała jednak od UCI licencję WorldTour na sezon 2015.

Ferrari nie tylko maczał palce w procedurze handlu dopingiem, ale również przy pomocy bandy w praniu brudnych pieniędzy i malwersacjach podatkowych. „Wyczyszczone” pieniądze miano inwestować w nieruchomości.

Z kolei Marco Marcato (Wanty-Groupe Gobert) oraz José Joaquin Rojas (Movistar), którzy wymienieni zostali w grupie klientów Ferrariego, zaprzeczyli, jakoby stosowali zakazane środki. Rojas przyznał się do kontaktów z synem „dottore EPO” Stefano w 2010 roku, ale chodziło mu wyłącznie o porady związane z odpowiednim rozplanowaniem treningu.

Strategia obronna hiszpańskiego nie jest nowa. Kiedyś już Fränk Schleck (Trek) tłumaczył się, że pieniądze na konto Eufemiano Fuentesa przelał w ramach gratyfikacji za udzieloną pomoc w treningu.

Marcato podobno nie zna Ferrariego i nigdy z nim nie rozmawiał. Włoch zapowiedział, że zrobi wszystko, by udowodnić swoją niewinność.

Jaką niewinność? Zdaje się pytać Peter Kennaugh. Na twitterze zawodnik drużyny Sku otwarcie wątpi w czystość Rojasa:

Kolarze, których Ferrari miał rzekomo tylko trenować? Dajcie spokój, kto jest na tyle głupi, by w to uwierzyć.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: