Kolarze nie są na baterie

W 2013r Dave Brailsford, szef grupy Sky, współtwórca sukcesów Cavendisha, Wigginsa i Froome’a, odpowiadając na zarzuty o doping w jego drużynie powiedział: “Jeśli ludzie chcą by kolarstwo było rozrywką, gdzie zawodnicy wciąż atakują, następnie zwalniają by znów atakować, wróćmy do ‘starego kolarstwa’. Jeśli chcemy czystego sportu i czystego kolarstwa, musimy przywyknąć do tego, że wygląda inaczej. Nie można mieć obu tych elementów równocześnie”.

Sam często wpadam w tę pułapkę. Dynamiczne, “soczyste” przyspieszenia na wijącej się serpentynami szosie prowadzącej na kultową przełęcz budują niespotykane gdzie indziej emocje. To fascynujące, że człowiek jest zdolny do podejmowania tak wielkiego wysiłku. Jeszcze większe wrażenie takie akcje wywołują u ludzi, którzy sami kiedykolwiek posmakowali wyczynowego sportu. Od wieków pragniemy igrzysk i w tej kwestii nic się nie zmieniło.

“Czysty” sport jest sportem dla koneserów. Jest niespektakularny, nieestetyczny, oparty na taktyce, kalkulacji i wyrachowaniu. Nawet mając w pamięci mafijne metody, którymi operował Lance Armstrong, świadomość depresji i śmierci Pantaniego czy kuriozalnej obsesji Ricco, świadomie lub, nie szukamy idoli wśród kolarzy, którzy nawiązują do takiego stylu jazdy. Skazany za doping (obojętne czy wprost za klenbuterol czy w podtekście za transfuzję) Alberto Contador ma więcej fanów niż uchodzący za jednego z czystych Cadel Evans. Cóż, gdy Hiszpan wygrywał po atakach, wyglądających jak taniec na górskich zboczach, Australijczyk po żółtą koszulkę sięgał z grymasem bólu na twarzy mozolnie broniąc każdej sekundy. Mimo powszechnych podejrzeń, Chris Froome rozkręcający niesamowity “młynek” fascynuje bardziej niż zdobywający ukradkiem swoją przewagę Hesjedal.

W 1998r Marco Pantani był w stanie zaatakować na podjeździe Galibier, 50km przed metą, utrzymać tempo i “poprawić” na mecie w Les Deux Alpes. W 2011r podobnym rajdem popisał się Andy Schleck, jednak wspinając się na Galibier stracił ze swojej przewagi dwie minuty a Thomas Voeckler obronił koszulkę lidera. Dzień później na podobny manewr zdecydował się Alberto Contador, ale po kilku godzinach agresywnego ścigania Hiszpan nie wytrzymał tempa na Alpe d’Huez. Gdyby nie kontrowersje związane z neutralizacją na 16. etapie tegorocznego Giro, prawdopodobnie w miejsce rajdu Quintany, Rollanda i Hesjedala, najbardziej spektakularnym atakiem wyścigu byłby odjazd Fabio Aru na Montecampione. Nawet Chris Froome, który jest kolarzem najbardziej zbliżającym się tempem do kolarzy “Ery EPO”, jeździ, w porównaniu do atletów sprzed dekady czy dwóch, konserwatywnie.

Rezultaty o nienaturalnych parametrach są obecnie raczej wyjątkiem niż regułą, choć trzeba przyznać, że peleton znowu przyspiesza. Mimo to, ściganie wygląda inaczej. Wyścig Criterium du Dauphine jest jedynie testem przed Tour de France, ale wspomniany Froome zaskoczył wszystkich spektakularną jazdą na podjeździe Col du Beal. Atakował kilkukrotnie, podobnie jak jego rywale, tyle, że poza widowiskiem, efekt był mizerny. Sekundowe różnice mają oczywiście znaczenie w kontekście całego wyścigu, nie dają jednak bezpiecznej przewagi i w sytuacji kryzysu mogą być niewystarczające.

Przypadków, gdy w czasach paszportów biologicznych, systemu ADAMS i wzmożonych kontroli, aktywna jazda powodowała dla zawodnika więcej szkód niż korzyści, można by mnożyć. Trudno się dziwić, że kolarze wybierają inną taktykę, by zdobywać przewagę. Być może by chcieli, ale nawet najbardziej porywczy często muszą studzić myśli i kalkulować. Mniej tlenu transportowanego przez krew daje ograniczone możliwości i wszyscy musimy się z tym pogodzić. Zasoby energii są ograniczone, w miejsce super-baterii ze znanej reklamy z króliczkami, prądu dostarczają raczej baterie zwykłe. Taką przynajmniej mam nadzieję. Tym bardziej wskazana jest powściągliwość przy ocenie stylu, tempa czy wyścigowej agresji konkretnych zawodników czy peletonu jako takiego. Nawet, jeśli Dave Brailsford nie dla wszystkich jest autorytetem w kwestii czystego kolarstwa.

banner