Reportaż: start etapu Giro d'Italia od kuchni

Jak wygląda start etapu jednego z największych wyścigów świata?

Telewizja pokazuje urywki ze startu każdego z etapów Giro d'Italia. Jeśli kibic punktualny, zdąży na sam początek relacji - komentatorzy przywitają go i powiedzą coś o wyścigu. W tle lecą obrazki zarejestrowane na mecie - tłumy ludzi, peleton, liderzy klasyfikacji na czele. Gwizdek, wpinają się i jazda, przełączamy na żywo, do mety 100 kilometrów.

Kibice, którzy pojawiają się na starcie Tour de Pologne, wiedzą, jak wygląda start wyścigu z największej półki. Na Tour de Pologne byłem, w tym roku przyszedł czas na Giro d'Italia. Nie ukrywam - mój pierwszy Grand Tour - więc i spojrzenie nowicjusza. Ale może to i lepiej - czytelnik będzie mógł spojrzeć na wyścig jak nowicjusz - czyli tak jakby sam był na miejscu.

W Irlandii spędziłem w sumie 6 dni, a choć historyjek i przygód wystarczyłoby na spory tomik kolarskich anegdotek, postanowiłem zebrać i opisać jedynie najciekawsze wrażenia i obserwacje z drugiego odcinka wyścigu - pętli po Irlandii Północnej - ze startem i metą w Belfaście.

Droga na start

Belfast, 7 rano. Mokro, zimno i wietrznie, ale zza chmur wyszło słońce. Mój hostel jest 3-4 mile od Muzeum Titanica, czyli miejsca startu drugiego etapu tegorocznego Giro d'Italia. Biuro prasowe jest w połowie tej trasy, podpisywanie listy o 9:20. Po zaledwie kilku godzinach snu, kilku ciężkich dniach w Irlandii, wstawanie z rano to już nie kłopot - człowiek przyzwyczaja się do wyścigowego rytmu.

Wyjaśnię - dla osób piszących o kolarstwie biuro prasowe to centrum życia wyścigu - można usiąść  z kawą, popracować, wpiąć elektronikę, zostawić bagaż, spotkać kolegów i koleżanki. Biuro w typowy dzień wyścigu pełne jest ludzi pracujących nad zdjęciami, video i tekstami. Panuje cisza, słychać jedynie przyciszone rozmowy i odgłosy klepania kolejnych tysięcy znaków na laptopach. Jest wifi (za darmo, co nie zdarza się we Włoszech), podają nawet niezwykle smaczne jedzenie dla wszystkich, palce lizać. To tu przychodzą zawodnicy na konferencje prasowe, spotkać można dyrektorów sportowych i usłyszeć informacje z pierwszej ręki. To tu ogląda się także wyścig na wielkim ekranie, no, do ostatnich 20 kilometrów - wtedy przenosi się na metę, na stanowiska prasy. Słowem - oaza - czynna od 9/10 rano do późnych godzin wieczornych - pracę zwykle kończymy koło 22, by po jakimś posiłku rozpocząć ją na nowo - tym razem w miejscu zakwaterowania.

Belfast w sobotni poranek jest uśpiony, na ulicach nie ma niemal nikogo. W centrum spotykam pierwszych kibiców, nieśmiało przyglądających się ekipie wyścigu, która dwoi się i troi by ustawić rusztowania, barierki i przygotować metę etapu. Te są już wprawdzie na miejscu po wczorajszej drużynówce, ale pracy i tak jest sporo, szare kurtki z różowym napisem "Giro d'Italia" kręcą się po ulicach od bladego świtu.

biuro

Kalkulacja jest prosta - im wcześniej na starcie, tym lepiej. W końcu nie można być wolniejszym od panów z Cyclingnews czy reporterów z Velonews, nie wspominając o jakichś pismakach z lokalnych gazet, którzy na okrągło pytają kolarzy czy podoba im się Irlandia. W biurze prasowym pustki, ziewający ochroniarze patrzą podejrzliwie na grupkę niewyspanych ludzi, którzy ze słuchawkami na uszach klepią na laptopach w tempie przyprawiającym o oczopląs. I tak od 8 rano, przerywając tylko po to, by sięgnąć po kolejny łyk mocnej kawy, którą niezmordowanie parzą miłe panie w barze obok.

Czas leci nieubłaganie - jeśli chcemy zrobić jakiś przedstartowy materiał, trzeba ruszać. Na 20-minutowy spacer na start etapu decydują się tylko dwie znajome osoby. Koleżanka na szczęście bez szpilek, idziemy więc dość szybko, po drodze wymieniając uwagi na temat życia w kolarskim światku. Nie pada, aczkolwiek podmuchy wiatru sprawiają, że nie ma specjalnego znaczenia, czy masz kaptur czy nie. Z oddali widzimy dźwigi i i doki - miejsce gdzie niegdyś powstawał Titanic, a skąd dziś na start drugiego etapu ruszają kolarze.

port

Mimo wczesnej pory i warunków pogodowych, na trasie i na starcie tłumy kibiców. Ciężko określić średnią wieku - część z nich pamięta jeszcze czasy Seana Kelly'ego i Stephena Roche'a, ale większość to młodzi ludzie – często całe rodziny, nawet z małymi dziećmi. Olbrzymie zainteresowanie, o dziwo nie wystawionym obok miasteczkiem i tandetnymi atrakcjami, ale trasą i peletonem.

Pierwsze kroki kierujemy na plac, gdzie stoją autobusy zespołów. Wejść może każdy, nie potrzeba specjalnej plakietki. Mechanicy krzątają się przygotowując rowery i sprzęt. W busach zasłony spuszczone, kolarze nie wychylają nosa i czekają do ostatniego momentu by podpisać listę startową. Kibiców to nie odstrasza – każdy autobus otoczony kordonem fanów. Uśmiecham się, bo autokary Lampre-Merida i Tinkoff-Saxo stoją obok siebie. Bułka z masłem, przynajmniej nie będę biegał z jednego końca placu a drugi, jak poprzedniego dnia.

Żeby pisać, to trzeba rozmawiać

Najpierw idziemy jednak do obozu ekipy Garmin-Sharp. Po wczorajszej rzeźni na drużynówce, trzeba się dowiedzieć kto wystartuje. Komunikat, który dostaliśmy wieczorem od Charly'ego Wegeliusa mówił, że rano będzie więcej informacji. Dziennikarzy z największych portali jeszcze nie ma, pojawiają się powoli. Ci to mają dobrze - 10-20 lat pracy w zawodzie, każdego mechanika i masażystę znają na pamięć. W ekipie Jonathana Vaughtersa nie znam prawie nikogo (nie licząc mechanika, z którym jechaliśmy kiedyś na Tour de Pologne), koledzy też nie wykazują się inicjatywą. Na szczęście stoję obok samochodu, na którym zamocowane są rowery. Ktoś z obsługi zaczyna się nimi zajmować - rozmowę nawiązujemy szybko.

Cardoso ok, Haas ok. Martin i Fernandez clavicule broken

- mówi mieszaniną angielskiego i francuskiego.

To już coś. Informacja idzie na Twittera, a ja kieruję się w kierunku busa Saxo-Tinkoff i dołączam do grupki dziennikarzy, którzy rozmawiają i próbują chronić się przed coraz mocniej siąpiącym deszczem. Patrzy na mnie jakiś facet i pyta czy skądś się znamy. Brytyjczyk - myślę - i usilnie zastanawiam się kogo nie rozpoznałem. Nic nie przychodzi mi jednak do głowy. Dżentelmen niezrażony przedstawia się jako Rob Hatch. A, ten Rob. Eurosport. No tak, obok autografy rozdaje przecież jego kolega - były kolarz i komentator Sean Kelly.

Wymieniamy uprzejmości, dyskutujemy o szansach poszczególnych kolarzy. Rob gładko radzi sobie z wymową polskich nazwisk - komentował kiedyś siatkówkę, więc nie przyprawiają go one o ból głowy. Gdy dziś włączycie brytyjski Eurosport, nazwisko "Kwiatkowski" artykułowane jest tam z największą pieczołowitością, a zawodnikom z Polski poświęca się całkiem sporo czasu antenowego.

Żegnamy się po paru minutach. Rob, mimo że sam świetnie przygotowany, dokładnie wypytuje wszystkich dziennikarzy o formę i nastawienie poszczególnych zawodników, rozmawia z ekipami. Na koniec prosi by dać mu znać gdybyśmy się czegoś dowiedzieli. Pełen profesjonalizm, teraz idzie się przygotować do relacji.

riis i riche

Polskie akcenty

Bus Tinkoff-Saxo. Praca wre, pod wiatą stoi dwóch panów. Bjarna Riisa znają wszyscy, ale to nie on jest w centrum uwagi. Stephen Roche to legenda. Potrójna korona 1987 - wygrana w Giro, Tourze i do tego tęczowa koszulka - do dziś w Irlandii niemal Bóg. Bjarne lakonicznie odpowiada na pytania chłopaków z duńskiej telewizji. Zaczepiam go chwilę potem, udaje nam się zamienić kilka słów - w wypowiedzi jest oszczędny, nie mówi nic, co nadałoby się na jakikolwiek tekst. Kolega z Danii wyjaśnia mi później:

- Znam go 15 lat, nigdy nie powiedział do mnie więcej niż może dwa zdania na raz.

Słowa Bjarna okazują się jednak prorocze.

Bez wiatru, nie spodziewam się dziś rantów

- mruknął, oceniając prowadzącą wzdłuż Morza Irlandzkiego trasę.

U chłopaków Olega cisza, kieruję się więc do Lampre. Przemek Niemiec już na zewnątrz. Krótkie spodenki, ciepła kurtka - widać, że irlandzka pogoda to zdecydowanie nie jego rzecz. Ustawia licznik, przed startem bardzo skoncentrowany. Nie chcąc wyjść na gbura, pytam grzecznie jednego z masażystów, czy mogę podejść i porozmawiać.

 - Tak, możesz, ale on nie mówi po angielsku

- słyszę.

Z trudem powstrzymuję się by nie ryknąć śmiechem i spokojnie tłumaczę, że się jakoś dogadamy. Rozmowa nie trwa długo - Niemiec wyjaśnia, że na drużynówce nie miał defektu, tylko źle wszedł w zakręt. O Cunego i jego dyspozycję nie zdążyłem już zapytać, bo chłopaki jadą podpisać listę. Idę za nimi, ale ku zdumieniu mojemu i spotkanej po drodze koleżanki, barierki zmieniły położenie i nie mamy wejścia dla prasy. Trudno. Wciskamy się w alejkę, którą jadą kolarze i maszerujemy wśród wiwatującego tłumu, po drodze o mały włos unikając kolizji z ekipą Astany, która jedzie całą szerokością ścieżki.

acc

Plakieta "prasa" w końcu się przydaje. Ochrona kiwa głowami, nikt nas nie zatrzymuje, wchodzimy pod scenę i stajemy sobie przy wejściu, gdzie kolarze opierają rowery by pokazać się na scenie i podpisać listę startową.

Powoli się zjeżdżają. Włosi, Hiszpanie, BMC i Astana w pełnym składzie, Kolumbijczycy, Francuzi. Poranne powitania, pozdrowienia, uściski. Uśmiechy i dowcipy sypią się jak krople deszczu z nieba. Bryluje Cadel Evans, który opowiada jakąś historyjkę i wszyscy stojący obok pokładają się ze śmiechu. Ktoś nabija się z Marcela Kittela, któremu nawet spod deszczowej kurtki wystaje nieodłączny szeroki uśmiech i postawione na żelu włosy.

Do Nairo Quintany ciężko się zbliżyć – nie dość że po angielsku nie mówi, to jeszcze w obroty biorą go telewizje. Tu nie podskoczą nawet najlepsi reporterzy – dwumetrowemu kamerzyście z kilkoma kilogramami sprzętu na ramieniu w drogę się po prostu nie wchodzi... nie mówiąc o dziennikarkach z mikrofonami i plikiem papierów pod pachą, gotowych każdą konkurencję zjeść na śniadanie.

Irlandzkie powietrze nie służy południowcom. Hiszpanie poubierani we wszystko co znaleźli w autobusach, zawodnicy Katushy mają sponsora w poważaniu, w czarnych kominiarkach wyglądają jak banda mudżahedinów. "Purito" Rodriguez jest charakterystyczny, ale nos na kwintę, ściganie w takich warunkach to nie jego działka, tym bardziej, że dobrej nogi nie widać.

Deszcz zacina coraz mocniej, a ja dalej czekam na chłopaków z Tinkoff-Saxo. Koleżanki i koledzy znikają w tłumie stworzonym przez barczysty skład Giant-Shimano, spiker ogłasza, że listę zamykamy za 5 minut. Oleg Tinkov widać lubi wejścia smoka (a Riis nie widzi potrzeby wypuszczania kolarzy wcześniej w taką temperaturę), podopiecznych z autobusu wysyła do boju w ostatniej chwili. Zjawiają się pojedynczo, tuż przed zamknięciem. Prowadzi debiutant, młody Juul Jensen. Oczywiście źle pojechał, parkuje pod sceną, od frontu. Pokazuję mu, że nie z tej strony i przestawiam barierkę.

W końcu są i nasi, polskie orzeszki. "Poljan" i "Rafa" w dobrych humorach, też mocno ubrani, ale pozytywnie nastawieni. Witamy się, pogoda głównym tematem rozmowy, ale nastroje bojowe, nie ma mowy o jakimkolwiek narzekaniu - Bjarne Riis w samochodzie dba by morale zespołu były wysokie.

- Ma padać cały dzień

- mówię, patrząc na ich kurtki.

- Ee nie, podobno ma przestać potem

- Majka nie traci optymizmu i energii.

Gadamy jeszcze chwilkę, ale czasu nie ma, start za kilka minut. Chłopaki na scenie, a tymczasem przyjeżdża Michael Rogers. Stojaki pełne, nie ma miejsca na rower. Australijczyk bez skrupułów rzuca swoją maszynę w kierunku barierek. Parkowanie na miarę sir Wigginsa to nie było, ale grunt, że rower stoi. Gdy leciutka rama Specialized uderza o metal, przez głowę przemyka mi tylko koszt takiego sprzętu.

Deszcz zaczyna padać coraz mocniej. Zawodnicy gromadzą się na linii startu. Ta zlokalizowana jest jakieś 200 metrów od podium z listą, aby się tam dostać, trzeba przepchać się przez tłum. Oczywiście nic nie widzę, ludzi jest na 3 metry po każdej stronie drogi, kibice siedzą na słupach, komuś udało się nawet wdrapać na znak drogowy. Różowe szaleństwo.

Staję gdzieś z tyłu, akurat obok "Poljana". Pełna koncentracja, wymiana uwag z Mickiem Rogersem, porozumiewawcze spojrzenie. Gwizdek, flaga, trzask wpinanych progów. Już. Wystartowali.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: