Kraksy, złamane ramy, złamane kaski

Hej ludziki!

Troszkę mnie tutaj nie było, więc jest co opowiadać. Oczywiście jak zawsze nie wiem, od czego mam zacząć... Właśnie przed chwilą przeczytałam wpis na blogu Kasi Niewiadomej i tam znalazłam troszkę inspiracji:)

Kiedy był mój ostatni wpis? Ronde van Drenthe? Tak. Później kolejne Puchary Świata. Trofeo Alfredo Binda, Ronde van Vlaanderen, ciężka praca na nasze liderki zakończona sukcesem! Niesamowite uczucie, kiedy przyjeżdżasz na metę, wszyscy cię ściskają, gratulują! Daje to pozytywnego kopa. Niestety na Flandrii zaczął prześladować mnie pech.

Kraksa dość poważna, połamana rama, kask w drobny mak... Energiewacht Tour to kolejna wywrotka, a nawet dwie i to na jednym etapie. Skończyło się wstrząśnieniu mózgu. Lekarz nie pozwolił mi startować akurat wtedy, kiedy noga zaczyna kręcić. Eh, co zrobić.

Jednym plusem tej całej sytuacji jest to, że mogłam rozpocząć zaplanowaną przerwę ciupkę wcześniej. Tydzień wolnego od roweru aczkolwiek bardzooooo szybki tydzień. Bieganie, latanie uhhhh... A po przerwie La Fleche Wallonne. Ciężko nie zgodzić się z Kasią, że jest to jeden z najpiękniejszych wyścigów dla kobiet.

Mnóstwo kibiców, trudna selektywna trasa... Moje uczucia nie były już jednak aż tak dobre. Starałam się jak najlepiej wypełnić dane mi zadania, starczyło tylko na tyle [76. miejsce]. No, ale czego się spodziewałam po przerwie? Cudu? Może:) W następnych wyścigach już  trochę puściło, było lepiej. Lepsze samopoczucie, lepiej się czułam w grupie. Teraz startuję w Festival Luxembourgeois du cyclisme féminin – w czasówce byłam 19. –, a potem etapówka na Wyspach, czyli Women’s Tour. Zobaczymy, jak będzie. Trzymajcie kciuki. Do usłyszenia niebawem.