Kto i jak (nie)testuje kolarzy?

Ampułki EPO

Testują czy nie testują?

Doping w sporcie to temat trudny i złożony. Do tego perspektywy są różne - inaczej na problem patrzy kibic, inaczej kolarz, czy członek zespołu, a jeszcze inne spojrzenie ma ktoś o tym piszący. Z pozycji kontrolera antydopingowego sprawa ma już kompletnie odmienny widok. W kolarstwie o nielegalnym wspomaganiu mówi się sporo - co z jednej strony jest plusem - z drugiej jednak sponsorów nie przyciąga. Ostatnio w mediach przewija się wątek kolarzy z Kolumbii, od jakiegoś czasu coraz więcej głosów mówi o lukach w obecnym systemie antydopingowym. Na czym stoimy w 2014 roku?

Kolumbijskie kozice

Piękna legenda escarabajos ostatnio zalicza zetknięcie z brutalną rzeczywistością, po kolarsku mówiąc - zbiera szlify. Idzie oczywiście o zabronione wspomaganie. Dotychczas Kolumbijczycy walczący samotnie z europejskimi gwiazdami byli chwaleni, przyjeżdżali w czołówce, ale pozostawali w cieniu, nie otrzymując takiego zainteresowania jak ich europejscy koledzy. O dopingu się nie mówiło - pojawiały się za to teksty opiewające ich naturalne zdolności wspinaczki w górach, przystosowanie do wysiłku na wysokości, naturalnie wysoki poziom hematokrytu.

W tym roku już tak kolorowo nie jest. Najpierw rozeszła się wiadomość, że na kolumbijskim podwórku 5 absztyfikantów złapano na dopingu, w tym aż 4 na EPO. Informacji nie podchwyciły wszystkie media, ale niektórzy zaczęli sobie przypominać, że w andyjskim kraju kontrole antydopingowe można o kant muszli rozbić. Kolarza ciężko znaleźć - do Kolumbii trzeba dolecieć, drogi słabe, próbkę do laboratorium szybko dostarczyć. Budżet ograniczony, podróż kosztuje. Zakończenie dopiszcie sami.

Żeby było ciekawiej, znajomi bloggerzy z Ameryki Łacińskiej sugerują, że w ubiegłorocznym wyścigu Volta a Colombia, zanotowano 14 pozytywnych testów. Wiecie ile było postępowań dyscyplinarnych? Całe jedno. Prawie jak w Polsce - ani informacji, ani konsekwencji, krajowa komisja zgani i da dzień dyskwalifikacji. Walka z dopingiem pełna parą, drżyjcie miłośnicy igły i wielbiciele środków pozbawiających włosów.

Nie tak dawno gruchnęła inna informacja - Sergio Heano został zawieszony (tak, w oficjalnym dokumencie podano - "odsunięty od programu ścigania") przez ekipę Sky, po tym jak jego testy wykazały anormalne wartości krwi. Pierwszy raz od czasu, gdy podpisał kontrakt z ekipą Brailsforda - czyli od 2012 roku. Głosy mówiące o dopingu podniosły się od razu - istotnie, ciężko uwierzyć, że przebywającemu co roku w Kolumbii wspinaczowi nagle skoczyły parametry. Ale czekamy, zespół ma wyjaśnić, zbadać. Jakby nie patrzeć - dobrze, że mają wewnętrzny system badań, nie w każdej ekipie tak jest.

Co jednak wzbudza najbardziej ożywione dyskusje, to liczba testów. Kolumbijczyków poza wyścigami zaczęto badać w Kolumbii... w październiku 2013 roku. Przetrzyjcie jeszcze raz oczy, uszczypnijcie się, tak, 6 miesięcy temu. W laboratorium w Bogocie można już nawet badać próbki krwi, ale także od niedawna.

Kibic podejrzliwie spogląda

W świetle informacji napływających z Kolumbii, coraz bardziej donośne stają się głosy kibiców i bloggerów, którzy za pomocą mediów społecznościowych dają wyraz swojej głębokiej nieufności i klną na czym świat stoi, że kolejny raz w jajo nie chcą być zrobieni. To dobry temat dla kibica - tak w Polsce, jak i za granicą - czego oczekuje? Czy jest mu obojętne na czym zasuwają jego ulubieńcy? Czy może oczekuje od ulubionych zawodników elementarnej uczciwości?

No bo w co ma wierzyć kibic? W piękne słowa i zapewnienia kolarzy? Już trochę nie te czasy. W nieregularnie przeprowadzane testy i ich wyniki? Jeszcze gorzej, zaraz, zaraz, ile to razy badano Armstronga, Ullricha i spółkę? Trochę pecha mają dzisiejsi zawodnicy i choć Mark Cavendish może obruszać się, że pytają go o Armstronga ("no przecież ja się wtedy nie ścigałem!"), to dziwić go nie powinno, że kibice są podejrzliwi i po raz n-ty na bałwanów wyjść nie chcą. A czego chcą? Może po prostu uczciwości? Bo kibic dzisiejszy, a przynajmniej ten odważnie zabierający głos na forach czy Twitterze, chce wiedzieć co w trawie piszczy i oszustów piętnuje.

Od jakiegoś czasu mówi się o zmianie mentalności w peletonie - testów jest więcej, młodzi kolarze wchodzą do elity, wszyscy mówią o przyszłości. Młodzi, którzy nie wiedzą co to doping. Naciągane, ale niech będzie. Pecha dzisiejsi kolarze mają, bo na co by nie przysięgali, nikt (lub prawie nikt) im już nie wierzy - to wszystko już było. Na kości przodków zaklinali Francuzi po aferze Festiny, na wszystkie drogie mu rzeczy przysięgał Lance Armstrong. Klęli się na wszystko - relikwie wszystkich świętych, zdrowie matki, honor, choroby i Boga - dziś zapewnienia takie wywołać mogą co najwyżej uśmiech politowania.

Domowe metody i brzuszek Betancura

Co więc z tymi Kolumbijczykami? Portal Cyclingnews z UCI rozmawiał i o testy Henao i Urana wypytywał. Dostał odpowiedź, dziwi jednak niefrasobliwość i niekonsekwencja w działaniu - redaktorzy, nie wiedzieć czemu, nie spytali o Nairo Quintanę, drugiego kolarza ubiegłorocznego Tour de France.

Quintanę, który przed Tourem cały miesiąc spędził w rodzinnej wiosce na wysokości, trenując. Ach, zaraz, przecież w ramach przygotowań do tegorocznego Giro d'Italia także jedzie w rodzinne strony. A Carlos Betancur? Przez zimę dorobił się nadwagi. I to jakiej. W styczniu mówiono o kilkunastu kilogramach. Jak widać wie co robi - dieta cud sprawiła, że w lutym już wygrywał, a w marcu, ciągle gubiąc wagę, triumfował w Paryż-Nicea.

A kto pamięta awantury o wagę Froome'a i Wigginsa? Jacy chudzi, jacy wycieniowani, krzyczano. Od razu podniosła się dyskusja o AICARze, Francuzi nawet program w telewizji zrobili. Zarzutów takich nie słyszeliśmy, gdy mający pięć kilo nadwagi Betancur wygrał prowadzący pod górę sprint, pokonując we Francji Johna Degenkolba.

Co ciekawe, "Wiggo "i "Frumi" na drodze do wygranych w Tour de France testowani byli na okrągło. Chris w zasadzie mógł dokupić dodatkowe krzesła do kuchni i parzyć herbatkę dla kontrolerów - w 2013 roku od stycznia do czerwca kontrola zjawiała się mniej więcej co 6 dni. Potem było już tylko lepiej - w czasie wyścigu zbadano go ponad 20 razy, w dniu przerwy nawet trzy razy.

Co dalej?

Reformy kolarstwa wiszą w powietrzu, nowe władze UCI szukają sposobów by odbudować wiarygodność sportu. Sporo się robi, może jednak czas pomyśleć o przeznaczeniu na badania antydopingowe większych środków? W 2012 roku Unia ze swoich funduszy na program antydopingowy wyłożyła nieco ponad milion franków szwajcarskich, czyli 15% całego antydopingowego budżetu. W odniesieniu do całego budżetu Unii jest to trochę ponad 2,5%. Płacą za to ekipy (i to słono!), na program się zrzucając. I co? No... i w sumie nic.

"Złodziej zawsze będzie krok przed policjantem" - taką opinię często słyszy się w odniesieniu do dopingu. Pewnie, szczególnie jeśli policjant na patrolu jest od święta. Kilka godzin temu Nicolas Roche, nie po raz pierwszy zresztą, wyrażał swoje oburzenie długimi przerwami między testami. Irlandczyka jednej nocy testowała dwa razy ta sama agencja, na zlecenie dwóch różnych ciał antydopingowych. Kłopot w tym, że jak zauważa Nico - był to jego pierwszy test poza zawodami od... 4 miesięcy.

Rok temu Robert Gesink i Bauke Mollema zgłaszali w mediach protesty - kontrolerzy nie odwiedzali ich przez kilka miesięcy. - Możliwości łamana zasad są olbrzymie - mówili wtedy Holendrzy.

Dla porównania, w Polsce w 2012 roku krajowe organy antydopingowe przeprowadziły na kolarzach 203 badania. 195 moczu, 8 krwi, z czego 8 podczas zawodów, żadnych poza.

roche

Zapowiedzi nowej ery to jednak trochę za mało. By kolarstwo odzyskało wiarygodność, za słowami muszą iść czyny. Ludzie oglądający i inwestujący muszą czuć, że działa system, który robi wszystko co w jego mocy, by oszustów łapać. Młodzi zawodnicy muszą mieć poczucie, że ich wysiłek nie idzie na marne, bo ktoś objeżdża ich mając w żyłach dodatkowe miligramy, a antydoping i tak go nie złapie.

Może więc czas na głębsze zmiany i mocniejszą współpracę z narodowymi federacjami? Komunikację między badającymi? Namierzanie i zwiększone testowanie zawodników o podejrzanych parametrach? Regularne sprawdzanie paszportów biologicznych, a nie wyrywkowe ocenianie wybranych przez komputer? Władze UCI się zmieniły, WADA jest za, w 2015 roku wchodzi zaostrzony Kodeks. Jak nie teraz, to kiedy? Za 10 lat? Po kolejnych dwóch nieprzespanych nocach z Oprah Winfrey?

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: