Paradoks kłamcy - The Armstrong Lie

armstrong_lie

Słyszeliście kiedyś o paradoksie Eubulidesa, potocznie zwanym paradoksem kłamcy? W spłyconej wersji brzmi on mniej więcej tak: czy jeśli kłamca mówi, że nie kłamie, to mówi prawdę czy nadal kłamie? W przypadku historii Lance Armstronga brzmi dziwnie znajomo.

Dla wszystkich zainteresowanych, to nie było nic nowego. Dla pozostałych – za dużo.

Lance Armstrong

Rok 2009 w kolarstwie upłynął pod znakiem Lance Armstronga, który wrócił do zawodowego uprawiania sportu ze swoim światowym tournée pod tytułem Comeback 2.0. Teksański styl nieobecny w kolarstwie od 4 lat powrócił z całym dobrobytem. Prywatne odrzutowce, LiveSTRONG, spotkania z politykami i chorymi na raka, wszystko przed dziennikarzami, w liczbach, których sport dawno nie widział.

Wśród nich znalazł się Alex Gibney, określony przez amerykański Esquire wyrastającym na najważniejszego dokumentalistę naszych czasów. Gibney zaskarbił sobie sympatię Amerykańskiej Akademii Filmowej, do której nagrody był kilkukrotnie nominowany. „Kurs do Krainy Cienia” (ang. Taxi to the Dark Side), za które otrzymał Oscara, a także inne jego filmy, mierzyły się z trudnymi i niewygodnymi tematami. Film o Armstrongu miał być ich zupełną antytezą, laurką wystawioną amerykańskiemu bohaterowi, powracającemu na stare śmieci, żeby ponownie pokazać kto jest najlepszy. Klasyk zza Wielkiej Wody.

Powrót Armstronga zamiast wznieść go na absolutne szczyty uwielbienia i chwały, stał się dla niego początkiem wielkiego upadku. Nie chodzi tu bynajmniej, o kolejne upokorzenia na rowerze, których doznał podczas powrotu. Ostatecznie, pod ciosami byłych przyjaciół, postument został zniszczony, a złoty posąg, który na nim stał runął. Lance Armstrong z bohatera, stał się wrogiem, ale co z Gibney’em i jego filmem?

I tu pojawia się najważniejsze pytanie, czy z materiału kręconego przez niemal rok i przeznaczonego na kolejną laurkę, da się zrobić porządny dokument, studium upadku? Czy dokręcenie kilku wywiadów z banalnymi pytaniami, jest w stanie odwrócić retorykę obrazu?

Jako rezultat tych zawirowań, otrzymujemy obraz, który nie jest pochwałą Armstronga, ale też i porządnym dokumentem ukazującym całą sprawę. Większość filmu stanowią nagrania wyścigów sezonu 2009, w których Teksańczyk brał udział – część nagranych specjalnie przez ekipę Gibney’a, część pochodzących z relacji telewizyjnych z wyścigu. Te typowo kolarskie wstawki poprzetykane są wywiadami z Armstrongiem, państwem Andreu, Jonatanem Vaughtersem i redaktorami amerykańskich pism o kolarstwie. Jako bonus otrzymujemy jeszcze rozmowy z dr. Ferrarim, którego szelmowski uśmiech zdradza wszystko. Przez większość filmu to jednak starcie Betsy Andreu z Armstorngiem wysuwa się na pierwszy plan. Nic nowego.

Wywiady z samym Armstrogiem nie zajmują w filmie wiele miejsca. W zasadzie wszystko, co ciekawe miał do powiedzenia zmieściłoby się w 3 minutowym filmiku z YouTube, a i tak nie byłoby to nic nowego. Oglądamy nagrania z 2009 roku, kiedy bez mrugnięcia okiem zapewnia o swojej czystości, by zaraz potem wysłuchiwać jego aktualnych zapewnień o tym, że jednak jeździł też na czysto.

W miesiącach przed sezonowej stagnacji film ogląda się raczej dla dobrych ujęć z kolarskich wyścigów, niż dla samej historii LA. Bo ta, nie jest ani nowa, ani nie ukazuje żadnych nowych szczegółów. To ciągle ten sam Armstrong tyle, że tym razem postawił sobie za zadanie uratować jak wiele się da. Po tylu latach, większość kibiców byłaby w stanie sama wygenerować każdą kolejną jego odpowiedź na „trudne” pytanie Gibney’a. Może gdyby całość skondensować do 10 minutowego filmu, wrażenia byłyby lepsze?

Każdemu kibicowi kolarstwa wypada znać, ale nie jest to pozycja ani przełomowa, ani wciągająca. Może gdyby od początku miał to być obiektywny film, byłoby inaczej?

P.S. Do obejrzenia filmu może Was zachęcić scena ataku Contadora pod Verbier z szalonym hiszpańskim podkładem muzycznym. To twórcom filmu zdecydowanie wyszło!

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: