Odcinki specjalne Wielkich Tourów 2014 - 19. etap Giro

Górska jazda indywidualna na czas - Monte Grappa

Do trzeciego tygodnia tegorocznego Giro d’Italia kolarze przystąpią po rozegraniu czterech etapów górskich i ponad 40-kilometrowej czasówki w pagórkowatym terenie. Po drugim dniu przerwy zostanie im jeszcze sześć dni rywalizacji, w tym cztery odcinki należące do najtrudniejszych w całym wyścigu. O podniebnym etapie szesnastym z przejazdem przez przełęcze Gavia i Stelvio oraz finałem w Val Martello już wspomniałem. Za kolejny odcinek specjalny uznałem etap dziewiętnasty czyli górską czasówkę z Bassano del Grappa na pobliski szczyt Monte Grappa. Etap ten zostanie rozegrany w piątek 30 maja i będzie to trzydziesta próba tego rodzaju w wyścigu Dookoła Włoch. Niemniej o historii tego typu etapów prawdy na trasach Giro i kryteriach ich wyboru za chwilę. Na wstępie godzi się wspomnieć, że pomiędzy etapami wtorkowym i piątkowym uczestnikom 97. Giro bynajmniej nie będzie lekko.

Środowy etap siedemnasty z Sarnonico do Vittorio Veneto choć generalnie będzie wiódł w dół (między startem, a metą peleton straci przeszło 800 metrów wysokości) zafunduje kolarzom trzy niewielkie premie górskie, w tym zaledwie 18 kilometrów przed metą strome Muro di Ca’ del Poggio, znane z Giro jak i przetestowane na Mistrzostwach Włoch z sezonu 2010. Znacznie trudniejsze wyzwanie czekać będzie na kolarzy w czwartek. Etap z Belluno do Rifugio Panarotta porowadzi przez trzy solidne wzniesienia, w tym dwa najwyższej kategorii: Passo di San Pellegrino (1918 m. n.p.m.) i finałowy podjazd do mety na wysokości 1760 metrów n.p.m. po pokonaniu 16,1 kilometra o średnim nachyleniu 8 %. Co prawda uczestnicy Giro po raz pierwszy będą finiszować przy schronisku Panarotta, lecz podjazd ten jest dobrze znany kolarskim kibicom, gdyż zacznie się w miasteczku Levico Terme i tym samym 3/4 tego wzniesienia pokrywać się będzie z bywałym na wielkim Giro, a przed rokiem również na Giro del Trentino, podjazdem do Vetriolo Terme. Jednym słowem w środę należy być czujnym, w czwartek można coś zyskać, a przy tym wszystkim warto sobie zostawić spory zapas sił na piątek i sobotę.

W piątek czeka bowiem kolarzy etap prawdy, do tego szczególny, bo górski i w dodatku jeden z najtrudniejszych odcinków tego rodzaju w całej historii Giro d’Italia. Organizatorzy włoskiego touru od dawien dawna stawiają przed kolarzami takie wyzwania. Pierwszą w ogóle jazdę indywidualną na czas wyznaczyli w 1933 roku na 62-kilometrowej trasie między Bolonią a Ferrarą. Szybko poszli za ciosem i w latach 1934-1935 wrzucili po programu swych zawodów po dwie płaskie czasówki. Po czym już w roku 1936 dodali do swego repertuaru pierwszą górską czasówkę czyli cronoscalatę w postaci 20-kilometrowej wspinaczki z Rieti (w stołecznym regionie Lacjum) do stacji narciarskiej Terminillo. Tą historyczną próbę wygrał Giuseppe Olmo w czasie 55 minut i 12 sekund. Trzeci tego dnia był młodziutki Gino Bartali, który rok później na tej samej trasie nie miał sobie równych, wygrywając w znacznie lepszym czasie 52 minut i 25 sekund. Terminillo stało się na chwilę stałym punktem na trasie Giro. W latach 1938 i 1939 kolejne górskie czasówki wygrywał na niej wielki rywal Bartalego z okresu międzywojennego, czyli Giovanni Valetti, przy czym ta druga czasówka była krótsza bo ledwie 14-kilometrowa.

Po II wojnie światowej, w ciągu kolejnych 68 edycji Giro, rozegrano jeszcze 25 górskich czasówek, na bardzo różnych dystansach od 2,2 do 55 kilometrów. Oczywiście nie wszystkie polegały na wspinaczce od startu do mety, więc dokładna ich liczba zależna jest od przyjętych kryteriów. Na okoliczność tej wyliczanki przyjąłem że górska jest jazda indywidualna na czas kończącą się solidnym podjazdem, acz już niekoniecznie „etap prawdy”, ze średniej wielkości podjazdami na trasie i zjazdem do mety. W tym sensie do miana górskich zaliczyłem 39-kilometrową czasówkę z Gallarate do Varese Sacro Monte, choć tylko ostatnie sześć kilometrów tej próby wiodło pod górę. Natomiast do tego grona nie dodałem 62-kilometrowej czasówki z Sestri Levante do Riomaggiore (w rejonie Cinque Terre) na Giro z 2009 roku, wiodącej przez Passo del Bracco i Passo del Termine, choć około 40 % całej trasy wiodło pod górę.

Górskie czasówki powróciły na trasę Giro w 1951 roku. Niezbyt trudną 24-kilometrową czasówkę z Rimini do San Marino wygrał Giancarlo Astrua, który wyprzedził faworyzowanego Fausto Coppiego o 20 sekund i Francuza Louison Bobeta o pół minuty. Coppi wygrał podobną 35-kilometrową czasówkę z Rzymu do Rocca di Papa w sezonie 1952. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych górskie czasówki stały się domeną „Anioła Gór” czyli Charly Gaula. Luksemburczyk jest zresztą jedynym zawodnikiem, który po II Wojnie Światowej wygrał na Giro więcej niż jedną cronoscalatę. Co godne podkreślenia, triumfował na nich aż czterokrotnie! W 1956 roku wygrał liczącą ledwie 2,45 kilometra wspinaczkę pod bolońskie wzgórze San Luca (znane nam z wyścigu Giro dell’Emilia). W 1957 roku triumfował na 28-kilometrowej czasówce z Werony do Boscochiesanuova, w sezonie 1958 był najlepszy na 12-kilometrowej czasówce rozegranej na terenie San Marino, zaś rok później nie miał sobie równych podczas 8-kilometrowej wspinaczki pod Wezuwiusza kończącej się na wysokości 608 metrów n.p.m.

Niewiele brakowało by w roku 1960 wygrał po raz piąty z rzędu. Pewnie dopiąłby swego gdyby czasówka była trudniejsza. Niestety dla niego wspinaczka pod Cave di Carrara liczyła sobie tylko 2,2 kilometra i szybsi od niego okazali się dwaj rywale: wspaniały czasowiec Francuz Jacques Anquetil oraz wszechstronny i zarazem szybki Katalończyk Miguel Poblet.

Na powrót górskiej czasówki na trasę Giro trzeba było czekać osiem lat. W latach 1968-1969 samotną walkę z czasem i podjazdem wyznaczano na 40-parokilometrowej trasie z Cesenatico do San Marino. Za pierwszym razem wygrał Felice Gimondi, z przewagą 39 sekund nad Eddym Merckxem. Rok później „Kanibal” się odegrał, dystansując Włocha o minutę i 7 sekund. Co ciekawe w obu przypadkach trzeci był Duńczyk Ole Ritter, ówczesny rekordzista świata w jeździe godzinnej. W latach siedemdziesiątych o cronoscalacie przypomniano sobie tylko dwa razy. W 1975 roku na 13-kilometrowej czasówce z finałem na toskańskim wzgórzu Il Ciocco w dolinie Garfagnana triumfował zwycięzca całego wyścigu Włoch Fausto Bertoglio. Natomiast w 1979 roku 28-kilometrową czasówkę z Rimini do San Marino wygrał na drodze do swego pierwszego triumfu w Giro inny Włoch Giuseppe Saronni.

W dziejach Giro górskie czasówki bywały i znikały, lecz gdy nadchodziły to przypływały falami. Znów nie było dla niej miejsca w siedmiu kolejnych edycjach wyścigu po czym wróciła do łask w sezonie 1987. Każda droga do San Marino wiedzie pod górę i kwestią do rozstrzygnięcia pozostaje jedynie to czy w razie wyboru owej lokalizacji zaproponować kolarzom etap ze startu wspólnego czy czasówkę. Ponownie wybrano tą drugą opcję. Liczący sobie aż 46 kilometrów etap ze startem w Rimini zdominował triumfator Giro z roku 1986 Włoch Roberto Visentini. Niemniej były do tego dla niego miłe złego początki, bo „frakcyjną walkę o przywództwo” w ekipie Carrera wygrał niezniszczalny wówczas Irlandczyk Stephen Roche.

W Giro z roku 1988 wspinaczkę z Levico do Vetriolo Terme wygrał Amerykanin Andrew Hampsten, udowodniając Włochom, że różową koszulkę lidera zawdzięcza nie tylko przetrwaniu zimowej aury na przełęczy Gavia. Rok później kolejna czasówka tego typu została rozegrana na ziemi szwajcarskiej, w kantonie Ticino. Start tej próby wytyczono w Mendrisio (mieście gospodarzu MŚ z lat 1971 i 2009), zaś metę na Monte Generoso. Wspinaczka była niespełna 11-kilometrowa, lecz stroma i padła łupem Kolumbijczyka Luisa „Lucho” Herrery.

Z kolei wspomnianą już płaską czasówkę z górskim finałem na Sacro Monte wygrał dominator Giro z roku 1990 Włoch Gianni Bugno. Następnie w pamiętnym dla nas sezonie 1993 rozegrano rekordowo długą czasówkę na dystansie 55 kilometrów z Pinerolo do Sestriere o przewyższeniu 1665 metrów. W owym czasie nie było mocnych na Baska Miguela Indurain. Jedynym, który próbował nawiązać z nim walkę był reprezentujący Łotwę Rosjanin Piotr Ugriumow. Nasz Zenon Jaskuła był tego dnia czwarty, ze stratą niemal trzech minut. Rok później „Big Mig” znalazł swego pogromcę na 35-kilometrowej trasie z Chiavarri do Passo del Bocco prowadzącej przez 14-kilometrowy podjazd pod Passo del Ghiffi w liguryjskich Apeninach. O 20 sekund lepszy od kolarza z Nawarry był Rosjanin z nadbałtyckiego Wyborga Jewgienij Bierzin. W 1995 roku górską czasówkę jak i cały wyścig zdominował Tony Rominger. Na 43-kilometrowej trasie z Cenate do Selvino trzeba też było pokonać podjazd pod Colle del Gallo. Szwajcar zdecydowanie pokonał Bierzina i Ugriumowa, zaś Jaskuła był tym razem szósty.

W 1997 roku raz jeszcze do łask wróciła czasówka z metą w San Marino. Tym razem w ledwie 18-kilometrowej wersji ze startem w miasteczku San’t Arcangelo. Triumfowali Rosjanie: Paweł Tonkow okazał się o 21 sekund lepszy od Bierzina. W milenijnym wyścigu z roku 2000 górska czasówka z francuskiego Briancon do Sestriere okazała się rozstrzygającym etapem. Etap liczył sobie 34 kilometry i był podobny do czasówki z roku 1995, tzn. finałowy podjazd poprzedzono innym nieco łatwiejszym wzniesieniem Col du Montgenevre. Zdecydowanie najlepszy czas wykręcił Czech Jan Hruska, lecz trzeci tego dnia Włoch Stefano Garzelli zdystansował o blisko dwie minuty swego rodaka Francesco Casagrande i na dzień przed Mediolanem „maglia rosa” zmieniła właściciela. Pomimo takiej końcówki z dreszczykiem ponownie zrezygnowano z górskich czasówek na kilka ładnych lat.

Pierwszą cronoscalatę XXI wieku rozegrano dopiero w sezonie 2007. Na przeszło 12-kilometrowym odcinku z Bielli do Santuario di Oropa, który w tym roku będzie finałem czternastego etapu, najlepszy czas wykręcił Włoch Marzio Bruseghin, który ledwie o sekundę wyprzedził swego rodaka Leonardo Piepolego. W latach 2008 i 2010 rozegrano niespełna 13-kilometrowe czasówki pomiędzy San Vigilio di Marebbe a Plan di Corones we Południowym Tyrolu. Próby te składały się z 7,6 kilometra podjazdu na Passo di Furcia po asfalcie i 5,3 kilometrowego jeszcze bardziej stromego odcinka po szutrze i cemencie z finałem na Kronplatz. Za pierwszym razem wygrał ją Włoch Franco Pellizotii w czasie 40:26, za drugim jego rodak Stefano Garzelli w czasie 41:28. Zagadką dla nas pozostanie co w większym stopniu miało wpływ na ten minutowy regres w czasie zwycięzcy: trudniejsze warunki wietrzne czy gęstsza sieć kontroli antydopingowych?

Następna górska czasówka, czyli Belluno – Nevegal z roku 2011, miała znów znajomy dystans czyli 12 kilometrów z hakiem. Swym profilem przypominała tą piemoncką do Oropy. Co ciekawe jej faktyczny zwycięzca Alberto Contador wykręcił identyczny czas co Bruseghin czyli 28:55. Tym niemniej na skutek dopingowej wpadki Hiszpana z TdF roku 2010 zwycięstwo na tym etapie ostatecznie przypadło słabszemu o 34 sekundy Włochowi Vincenzo Nibalemu. W końcu zaś przed rokiem Nibali był najlepszy na przeszło 20-kilometrowej trasie z Mori do Polsy, o blisko minutę wyprzedzając innego Hiszpana Samuela Sancheza, zaś Rafał Majka nawiązał do wyników Jaskuły, wykręcając piąty czas.

 grappa mapamapka: gazzetta.it

Tym razem na drodze kolarzy stanie Monte Grappa. Góra mająca ważne miejsce w XX-wiecznej historii Włoch. W 1917 roku Włosi powstrzymali w tym miejscu Austriaków, którzy po wygranej bitwie pod Caporetto zmierzali ku równinie Padu. Aby uczcić ofiary tej batalii na szczycie góry utworzono cmentarz, na którym spoczywają szczątki blisko 23.000 żołnierzy z obu armii. Na szczyt prowadzi aż pięć dróg, trzy od południa i dwie od północy, acz możliwych kombinacji czyli sposobów łączenia różnych szlaków jej oczywiście więcej. Do roku 2012 w połowie lipca organizowano nawet rajd dla amatorów dwóch kółek pod nazwą GF Monte Grappa (Rando), na którym można było wybrać jedną z czterech tras według własnych możliwości i sportowej fantazji. Najłatwiejsza miała 110 kilometrów i 3300 metrów przewyższenia obejmując podjazdy od dwóch różnych stron. Każda z trzech pozostałych była trudniejsza od królewskich etapów współczesnych wyścigów wieloetapowych. Liczyły one odpowiednio 160, 220 i 271 kilometrów długości oraz 5500, 6600 i 8130 metrów amplitudy !!! Jak nietrudno się domyślić zmuszały śmiałków do pokonania od trzech do pięciu dróg na szczyt.

Od południa górę można zaatakować z Romano d’Ezzelino, z Semonzetto lub Possagno. Natomiast od północy z Caupo lub Seren del Grappa. Szczyt góruje nad okoliczną równiną niczym Mont Ventoux nad polami Prowansji. Tym niemniej choć dla wszelkiej maści amatorów kolarstwa (w szczególności tych z regionu Veneto) ma ona wręcz mityczne znaczenie to organizatorzy wielkiego Giro niezbyt często ją doceniali. Wprowadzili ją na swe salony ledwie czterokrotnie i do tego roku tylko raz w roli głównej. W 1968 roku etap kończący się podjazdem z Romano d’Ezzelino (26,2 km przy średniej 5,9 %) wygrał mało znany Włoch Emilio Casalini. Drugi ze stratą 46 sekund był Merckx zmierzający po swe pierwsze z 11 zwycięstw w Wielkich Tourach. Sześć lat później wspinano się od Caupo (29,4 km przy średniej 4,8 %) w końcówce etapu do Bassano del Grappa. Na premii górskiej pierwszy był Hiszpan Jose Manuel Fuente, lecz do mety 6-osobową grupkę asów przyprowadził Merckx przed Francesco Moserem i Felice Gimondim.

W 1982 roku ponownie wjeżdżano od strony południowo-zachodniej czyli z Romano d’Ezzelino, lecz tym razem do mety w San Martino di Castrozza było jeszcze daleko. Na premii górskiej pierwszy był Włoch Leonardo Natale, zaś sam etap wygrał Hiszpan Vicente Belda, późniejszy dyrektor sportowy ekipy Kelme. W końcu zaś w sezonie 2010 Monte Grappa znalazła się 41 kilometrów przed metą czternastego etapu do Asolo. Podobnie jak w tym roku wspinano się od strony Semonzetto. Kolarze Liquigasu zrobili ostrą selekcję i zgubili niespodziewanego lidera Davida Arroyo. Pierwszy na górze był Ivan Basso, zaś na długim zjeździe do Romano d’Ezzelino po zwycięstwo etapowe pognał jego kolega z drużyny Nibali. Basso finiszował drugi i odrobił przeszło dwie minuty do Hiszpana. Bez tego zysku nie wygrałby całego wyścigu.
>grappa

A jak będzie w tym roku? Czasówka liczyć będzie niespełna 27 kilometrów, dokładnie zaś 26,85 kilometra z czego pierwsze 7,55 km to płaski odcinek z Bassano del Grappa do Semonzetto, zaś kolejne 19,3 kilometra to już bardzo ciężka wspinaczka o przewyższeniu 1538 metrów! Dla porównania na rozegranych w ostatniej dekady górskich czasówkach trzeba było pokonać w pionie od 700 do 1100 metrów. Najłatwiejsza pod tym względem była czasówka pod Nevegal (705), potem Oropa (727), Polsa (1018) i najtrudniejsza wśród nich dwukrotnie wykorzystana trasa pod Kronplatz (1086). Do tego średnie nachylenie tego oblicza Monte Grappa to niebagatelne 8 %, zaś max. aż 14 %. Pierwszy pomiar czasu wyznaczono w Semonzetto, zaś drugi po pokonaniu 19,35 km w Campo Croce. Ostatnie 7,5 kilometra będzie najtrudniejszym fragmentem tego etapu ze średnią stromizną 8,9 % i to pomimo kilkuset płaskich metrów na około cztery kilometry przed metą. Wygląda to wszystko na być może najtrudniejszą górską czasówkę w historii Giro.

Więcej metrów do pokonania w pionie było tylko na etapie prawdy z roku 1993. Niemniej wtedy cała wspinaczka był rozłożona na dwukrotnie dłuższym dystansie, który Indurain pokonał w 1h 36:29, zaś tylko czterech kolarzy wyrobiło się w czasie poniżej 100 minut. Zważywszy, że czasówki zwykło się jeździć „a tutta”, „en bloc” czy po naszemu „na maxa”, łagodny maraton sprzed dwóch dekad, niekoniecznie był łatwiejszy od czasówki tegorocznej. Nie rozstrzygając o pierwszeństwie między tymi dwoma skrajnie trudnymi testami jedno już dziś można powiedzieć. Czasówka anno domini 2014 nie będzie etapem dla wybitnych czasowców, potrafiących dobrze jeździć pod górę. Przy średniej stromiźnie na poziomie 8 % będzie to próba dla wybitnych górali, dających przy tym sobie radę w jeździe na czas. Jednym słowem dla zawodników, którzy nie tylko umieją się świetnie wspinać, ale przede wszystkim potrafiących jak najdłużej utrzymać wysoki rytm jazdy. Monte Grappa to druga najtrudniejsza góra tegorocznego Giro jak i wszystkich trzech Wielkich Tourów razem wziętych. Będąc częścią etapu jazdy indywidualnej nie pozwoli kolarzom ani na chwile oddechu i zmusi ich do około godzinnego wysiłku na granicy ludzkich możliwości.

Mało który ze współczesnych asów miał okazje zmierzyć się z takim wyzwaniem. W ostatniej dekadzie rozegrano bodaj tylko trzy czasówki, na których trzeba było pokonać około półtora tysiąca metrów przewyższenia. Dwie z nich miały miejsce w 2004 roku. Była to wygrana przez Baska Ibana Mayo wspinaczka pod Mont Ventoux na Dauphine Libere oraz podjazd pod Sierra Nevadę na Vuelcie, zdobyty przez Hiszpana Santiago Pereza. Trzecia miała miejsce w sezonie 2008. Tour de Suisse sprzed sześciu lat rozstrzygnięto 25-kilometrową czasówką z Altdorf (związanego z legendą Wilhelma Tella) na Klausenpass. Dwie pieczenie na jednym ogniu upiekł wówczas Czech Roman Kreuziger. Ponieważ nie znamy jeszcze listy startowej 97. Giro ciężko spekulować na temat faworytów. Niewątpliwie głównym wydaje się być Kolumbijczyk Nairo Quintana. Czarnym koniem okazać się może amerykański weteran Christopher Horner. A kto po za nimi to pokażą najbliższe trzy miesiące, w tym pierwsze osiemnaście etapów samego wyścigu. Miejmy nadzieję, że wśród głównych aktorów znajdą się też Majka oraz Przemysław Niemiec.