Odcinki specjalne Wielkich Tourów 2014 – 16. etap Giro

Kluczowe odcinki Grand Tourów 2014: Giro d’Italia – Passo Gavia, Passo dello Stelvio i Val Martello

Co roku przed każdym z trzech największych wyścigów świata, przedstawiamy jego trasę, trudność podjazdów i ich historię. Zapoznanie się ze szczegółami najcięższych momentów trzytygodniowej imprezy to nie tylko zadanie kolarzy – kibice także zainteresowani są miejscami starć sportowych idoli. W tym roku postanowiliśmy zrealizować projekt przybliżający czytelnikom kluczowe odcinki nadchodzących wyścigów. Oddajemy zatem głos ekspertowi w tej dziedzinie – Danielowi Marszałkowi – który przełęcze te pokonał na rowerze i zgodził się przybliżyć ich historię i specyfikę.

Stara kolarska prawda głosi, iż na zwycięstwo w Wielkim Tourze pracuje się przez całe trzy tygodnie, zaś przegrać tego rodzaju wyścig można każdego dnia, czy wręcz w dowolnej chwili. Na zwycięstwo w Tourze, Giro czy Vuelcie liczyć mogą jedynie świetni czasowcy, potrafiący się obronić w górach, względnie znakomici górale nieźle radzący sobie na etapach prawdy. Przegrać można na wiele sposobów. Nie tylko będąc obiektywnie słabszym od któregoś z rywali, ale też za sprawą nieszczęśliwego zrządzenia losu (groźna kraksa czy defekt w kluczowym momencie) bądź przez własną nieuwagę (tracąc kontakt z czołową grupą na bocznym wietrze).

Klucz do zwycięstwa jest znacznie prostszy. Na wygraną trzeba sobie zasłużyć przyjeżdżając na metę wśród najlepszych kolarzy na każdym z odcinków specjalnych takiego wyścigu. Za takowe trzeba zaś uznać najtrudniejsze odcinki górskie jak i dłuższe czasówki. To one z grona wszystkich uczestników wyścigu wyłaniają kilku kandydatów do zwycięstwa i ostatecznie jednego z nich wynoszą na najwyższy stopień podium przenosząc triumfatora do galerii kolarskich sław. Zadaniem tego cyklu moich opowieści będzie wskazanie trzech kluczowych odcinków każdego z trzech wyścigów wieloetapowych anno domini 2014. Zgodnie z chronologią zaczynam od królewskich odcinków majowego Giro d’Italia, następnie przyjrzę się trasie Tour de France i na koniec prześwietlę najtrudniejsze górskie etapy Vuelta a Espana.

Zdaniem hiszpańskich ekspertów ze strony plataformarecorridosciclistas.org, Giro znów będzie najtrudniejszym (najbardziej górskim) z trzech Wielkich Tourów. Organizatorzy ponownie nie zawiedli kibiców, którzy najbardziej lubią bezpośrednią walkę między kolarzami w najcięższym terenie. Jak na wyścig Dookoła Włoch przystało najtrudniejsze etapy przygotowano na trzeci tydzień wyścigu, acz podjazdów mogących rozrzedzić stawkę, a nawet pogrzebać szanse kilku „papierowych” faworytów nie zabraknie i w pierwszym tygodniu. Już etapy piąty i szósty będą się kończyć na wzniesieniach, czyli podjazdami do Viggiano i bliskiego polskim sercom Montecassino. Niemniej oba będą niedługie i na tyle łagodne, iż posłużyć mogą jedynie za przystawkę przed pierwszym i drugim górskim daniem jakie zostaną zaserwowane kolarzom, którzy 9 maja staną na starcie w dalekim Belfaście.

Za danie pierwsze należy uznać górskie odcinki podczas drugiego i trzeciego weekendu tej imprezy. Zaś za danie drugie i główne wszystkie górskie etapy z trzeciego tygodnia zmagań. To właśnie na tych ostatnich będzie najwięcej do zyskania czy stracenia i to nie tylko z uwagi na narastające zmęczenie zawodników. Obiektywnie rzecz ujmując aż osiem z dziesięciu najcięższych podjazdów całego wyścigu trzeba będzie pokonać podczas trzeciej tercji Giro w dniach od 27 do 31 maja. Tym niemniej czekając na tą fazę wyścigu trzeba będzie być czujnym również na kilku wcześniejszych etapach. Już bowiem pod koniec pierwszego tygodnia przyjdzie zmierzyć się z pierwszymi prawdziwie górskimi odcinkami. Zanim kolarze opuszczą półwysep i wyruszą na podbój Alp będą musieli pokonać trzy ciężkie wzniesienia w północnych Apeninach.

W sobotę 17 maja na ostatnich 50 kilometrach etapu ósmego będą musieli pokonać stromą Cippo di Carpegna, niegdyś ulubioną górę treningową Marco Pantaniego oraz niejako na dwie raty finałowy podjazd pod Montecopiolo o długości blisko 19 kilometrów. Z kolei niedzielny etap dziewiąty zakończy się na zboczach Monte Cimone, najwyższej góry Apenin Północnych, po blisko 20-kilometrowej wspinaczce na płaskowyż Pian del Lupo powyżej Sestoli. Roszady w wyścigowej klasyfikacji wprowadzi na pewno przeszło 46-kilometrowa czasówka z Barbaresco do Barolo, którą wyznaczono na czwartek 22 maja. Pokonanie takiego dystansu w pagórkowatym terenie wokół winnic, z których pochodzi zdaniem wielu najlepsze wino we Włoszech, zajmie kolarzom około godziny. To zaś już dość czasu dla fachowca w tej profesji by zyskać nad słabszym rywalem dobre dwie lub trzy minuty. Góry powrócą w trzeci weekend wyścigu. Najpierw na czternastym odcinku z finałem w piemonckim Sanktuarium Oropa ponad Biellą. Miejscem pamiętnym m.in. z ataku Piotra Ugriumowa na pozycję lidera Miguela Induraina w 1993 roku, górskiej czasówki wygranej przez Marzio Bruseghina w roku 2007 i przede wszystkim z triumfu Pantaniego w roku 1999, gdy „Pirat” po defekcie u podnóża góry przegonił cały peleton na ostatnich 12 kilometrach.

Tym razem ów finałowy podjazd poprzedzą jeszcze dwa inne, bardzo solidne wzniesienia czyli Alpe Noveis i Bielmonte. Ponieważ kolarze w weekend nudzić się nie mogą, również w niedzielę zostaną poddani ciężkiemu testowi. Przeszło dwustukilometrowy etap piętnasty profilem będzie przypominał ubiegłoroczny etap TdF z metą na Mont Ventoux i zakończy się blisko 20-kilometrowym podjazdem pod Plan di Montecampione, zaczynającym się w lombardzkiej dolinie Camonica. Góra Mistrzów dotychczas dotrzymywała słowa tj. w osobie zwycięzcy etapu wskazywała późniejszego triumfatora całego Giro. W 1982 roku choć metę wyznaczono na wysokości ledwie 1200 metrów n.p.m. wystarczyła Bernardowi Hinault do zniszczenia lidera Silvano Continiego. Szesnaście lat później, gdy powróciła na trasę w pełnym swym wymiarze, była sceną wspaniałego pojedynku pomiędzy Pantanim a Pawłem Tonkowem, który ostatecznie przyniósł Włochowi blisko minutę zysku. Co ciekawe po raz trzeci pojawi się na Giro po kolejnych szesnastu latach.

Tyle tytułem wstępu do kluczowej fazy wyścigu, która zacznie się we wtorek 27 maja. Poniedziałek będzie drugim dniem odpoczynku. Niemniej nie będzie go można spędzić w łóżku. Krótki, acz bardzo ciężki etap szesnasty może się okazać odcinkiem bardzo dynamicznym. Dlatego by nie wypaść z rytmu kolarzom w dniu przerwy przyda się około dwugodzinna przejażdżka. Dyrektorzy wyścigu najwyraźniej nie znają przysłowia, iż „historia lubi się powtarzać”. Wręcz przeciwnie hołdują filozofii Heraklita „panta rhei” i są zdania, że nic dwa razy się nie zdarza. Rok po niewypale jakim okazał się projekt podobnego etapu na ubiegłorocznym Giro niezrażeni swą porażką z kaprysami górskiej aury postanowili jednak postawić na swoim. To znaczy koniecznie poprowadzić kolarzy wysokogórskim szlakiem przez dwie najwyższe wewnątrz-włoskie przełęcze drogowe do nowej mety wyścigu w tyrolskiej Martelltal. Na liczącym ledwie 139 kilometrów etapie z Ponte di Legno do wspomnianej Val Martello trzeba będzie aż trzy razy wjechać na wysokość powyżej 2000 metrów n.p.m. Każde ze wzniesień liczyć sobie będzie około półtora tysiąca metrów przewyższenia i około 20 kilometrów długości. Z pozoru królewski etap, idealny do stworzenia niezapomnianego spektaklu. Czy tak go zapamiętamy?

Są dwa znaki zapytania. Po pierwsze czy pogoda tym razem pozwoli na jego rozegranie. Po drugie czy taka dawka wspinaczek – w sumie ponad 61 kilometrów – zainspiruje kolarzy do stworzenia niezapomnianego widowiska, czy też zablokuje ich psychicznie i obejrzymy powolny proces eliminacji do tyłu, ożywiony jedynie nieśmiałą walką liderów na ostatnich kilometrach finałowego wzniesienia. Trzeba bowiem pamiętać, że organizatorzy jakkolwiek by nie byli pomysłowi tworzą tylko warunki do ścigania, zaś o przebiegu rywalizacji decydują już sami kolarze. Ci zaś często ograniczeni są taktycznymi schematami oraz niepewnością co do możliwości własnych oraz formy swych przeciwników. Choć akurat ta ostatnia niewiadoma na tym etapie wyścigu nie powinna aż tak bardzo ważyć, albowiem wcześniejsze górskie odcinki będą dostatecznym materiałem do właściwego rozpoznania układu sił w peletonie 97. Giro d’Italia.

A jak w szczegółach wygląda etap, który budzi tyle niepewności?

Kolarze wystartują z Ponte di Legno w lombardzkiej prowincji Brescia na wysokości 1350 metrów n.p.m. Po kilku kilometrach lekkiego zjazdu zaczną się wspinać na legendarną Passo di Gavia (2618 m. n.p.m.) już na szóstym kilometrze. Ten podjazd liczy sobie 16,5 kilometra o średnim nachyleniu 8 % i max. 16 % przy przewyższeniu 1320 metrów. Przy czym ową i tak wysoką średnią zaniżają nieco pierwsze cztery stosunkowo łatwe kilometry. Na kolejnych trzynastu droga będzie już węższa i przede wszystkim o wiele bardziej stroma. Co godne podkreślenia jedna trzecia tego wzniesienia, czyli odcinki o łącznej długości 5,8 kilometra, prowadzi stromiznami na poziomie 10 % i więcej. Gavia jak dotąd ośmiokrotnie pojawiła się na trasie Giro, choć w planach organizatorów ujęta była dziesięć razy. Zimowa aura stanęła na drodze uczestników tego wyścigu nie tylko przed rokiem, ale i wcześniej w 1989 roku. Spośród ośmiu podjazdów pod Gavię aż siedem wiodło jej południową stroną czyli szlakiem, z którego kolarze skorzystać mają również w tym roku. W najnowszej historii górę tą zdobywali Kolumbijczycy Herman Buenahorra (1996) i Chepe Gonzalez (1999 i 2000), Bask Juan Manuel Garate (2006) oraz Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio (2008). Niemniej do legendy wyścigu przeszły jego dwa pierwsze spotkania z Gavią czyli dramatyczne etapu z roku 1960 i 1988.

gavia

W 1960 roku na miano odkrywcy tej przełęczy zasłużył sobie Włoch Imerio Massignan (późniejszy Król Gór Tour de France z tego samego roku), lecz jego trzy defekty za szutrowym zjeździe do Bormio sprawiły, iż ze zwycięstwa etapowego cieszył się Luksemburczyk Charly Gaul. Za plecami tej dwójki znakomitych górali inny Włoch Gastone Nencini zgubił lidera Jacquesa Anquetila i na dzień przed końcem wyścigu niemal odrobił trzyminutową stratę do wielkiego Francuza.

Blisko trzy dekady później droga, przynajmniej po południowej stronie przełęczy nadal była częściowo szutrowa, lecz tym razem w roli „czarnego charakteru” wystąpiła pogoda. Pomimo zimowych warunków dyrektor wyścigu Vincenzo Torriani zdecydował się przeprowadzić peleton przez zaśnieżoną przełęcz. O sukcesie dwóch kolarzy przesądziła nie tylko moc generowana na podjeździe czy technika zaprezentowana na zjeździe, lecz przede wszystkim przygotowanie sobie odpowiedniej odzieży na mroźny zjazd. Na premii górskiej pierwszy był Holender Johan Van der Velde, lecz na zjeździe przepadł z kretesem i dojechał do mety ze stratą niemal 47 minut do zwycięzcy etapu, swego rodaka Erika Breukinka! Największym wygranym  był jednak Amerykanin Andy Hampsten, który odebrał koszulkę lidera Włochowi Franco Chiocciollemu i dowiózł ją do mety wyścigu w Vittorio Veneto, po drodze potwierdzając swą klasę wygraniem górskiej czasówki w Vetriolo.

Po blisko 26 kilometrowym zjeździe z Gavii, miejmy nadzieję że w znacznie lepszym warunkach niż przed ćwierćwieczem, kolarze wjadą do Bormio skąd do mety szesnastego etapu pozostanie im jeszcze 90 kilometrów. Niemal od razu zaczną się wspinać jeszcze wyżej czyli na premię górską Cima Coppi w postaci mitycznej Passo dello Stelvio (2758 m. n.p.m.). Zachodni podjazd pod tą przełęcz nie jest tak długi i popularny jak wschodni wjazd od tyrolskiego miasteczka Prato allo Stelvio, ani też tak stromy jak mało znana północna droga od szwajcarskiej strony, lecz mimo tego spełnia wszelkie kryteria do uznania go za wzniesienie najwyższej kategorii. Kolarze będą mieli do pokonania 21,7 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 % i max. 12 % przy przewyższeniu 1553 metrów. W sumie przez 3,9 kilometra będą się wspinać na poziomie powyżej 10 %.

Ta niebotyczna przełęcz w Alpach Retyckich ma ciekawą przeszłość, nie tylko związaną z kolarstwem. Droga została wybudowana już w trzeciej dekadzie XIX wieku pod nadzorem włoskiego inżyniera Carlo Doneganiego. W owych czasach nie tylko cały Tyrol, lecz i Lombardia była pod panowaniem Cesarstwa Austriackiego. Habsburgowie szukali najkrótszej drogi z Tyrolu do Mediolanu z pominięciem pobliskiej Szwajcarii. Takowa wiodła zaś przez dolinę Valtellina, lecz aby się do niej dostać trzeba przeprowadzić szlak przez przełęcz Stelvio i z tym zadaniem poradzono sobie w zaledwie trzy lata kończąc prace już w 1825 roku. Po zjednoczeniu Italii w roku 1861 stała się ona przełęczą graniczną pomiędzy dwoma wrogimi sobie państwami. Natomiast po I Wojnie Światowej przeszła pod włoskie władanie, po tym jak Włochom w podziale łupów po Imperium Habsburgów przypadła południowa część Tyrolu, czyli dzisiejsza prowincja Bolzano (vel Bozen) w ramach regionu Trentino-Alto Adige.

Wzniesienie to odkryto dla Giro w roku 1953 i od tego czasu ku przełęczy wspinano się dziewięć razy. Niemniej tylko dwukrotnie od zachodniej strony czyli z Bormio. Do tego w roku 1965, gdy etap wygrał Włoch Graziano Battistini, metę wyznaczono na wysokości ledwie 1906 metrów n.p.m. Dlatego za jedynego zdobywcę tego oblicza Stelvio uchodzić może Belg Thomas De Gendt, który po śmiałym ataku na podjeździe pod Mortirolo, korzystając z apatii liderów w dolinie Valtellina, nie tylko sięgnął po etapowy sukces, ale też zapracował sobie na trzecie miejsce w Giro z 2012 roku.

Największe legendy na temat Stelvio związane są ze wschodnim podjazdem pod tą przełęcz. To po tyrolskiej stronie Stelvio „Campionissimo” Fausto Coppi zerwał pakt o nieagresji zawarty ze Szwajcarem Hugo Kobletem i zapewnił sobie swój piąty triumf w Giro. Na tych samych 48 serpentynach w roku 1972 Hiszpan Jose Manuel Fuente urwał wielkiego Eddy Merckxa i wygrał etap z przewagą ponad dwóch minut.

stelvio

W sezonie 1975 na przełęczy wyznaczono nie tylko metę etapu, lecz i całego wyścigu. Dwóch najmocniejszych kolarzy tej imprezy czyli Włoch Fausto Bertoglio i Bask Francisco Galdos stoczyło niezapomniany pojedynek, który porównać można ze starciem Anquetila z Raymondem Poulidorem na Puy de Dome podczas TdF z 1964 roku. Galdos wygrał ten etap, lecz nie zdołał urwać Bertoglio i to reprezentant gospodarzy cieszył się ze zwycięstwa w całym wyścigu. Wschodnie Stelvio posłużyło też Francuzowi Bernardowi Hinault za trampolinę do pierwszego z trzech jego zwycięstw w Giro. W 1980 roku „Borsuk” urwał na tym podjeździe prowadzącego w wyścigu Włocha Wladimiro Panizzę i na długim zjeździe do Sondrio wypracował sobie bezpieczną przewagę przy pomocy Jeana-Rene Bernaudeau, swego rodaka i kolegi z drużyny Renault-Gitane. Warto dodać, że dzięki trzem etapowym finiszom na tej przełęczy, Stelvio do dziś pozostaje najwyższą metą kolarskiej Europy, w pokonanym polu pozostawiając francuski Col du Galibier, hiszpańską Sierra Nevadę i niższy o ledwie osiem metrów finisz w dolinie Kaunertal, bywały na wyścigu Dookoła Austrii.

O ile wschodni podjazd budował dotychczas kolarską legendę Stelvio, o tyle zachodni ze swymi 36 zakrętami jest ubogim i nieco pechowym krewniakiem tyrolskiego szlaku. Dwa udziały w Giro, w tym jeden w niepełnej krasie i do tego dwa przypadki odwołania przejazdu. Do ubiegłorocznej historii trzeba bowiem dodać wydarzenia z roku 1984 roku, gdy organizatorzy – ponoć w obawie przed nikłymi szansami Francesco Mosera w górskim pojedynku z Laurentem Fignonem – w ostatniej chwili zmodyfikowali długi etap z Lecco do Merano w ten sposób by poprowadzić kolarzy przez znacznie łatwiejszą przełęcz Tonale. Podobny objazd (przez przełęcze Tonale i Castrin), tym razem obiektywnie uzasadniony, szykowano kolarzom również przed rokiem, lecz jak pamiętamy natura okazała się nieubłagana i cały etap trzeba było odwołać.

Czy profil szesnastego etapu tegorocznego Giro skusi któregoś ze współczesnych mistrzów górskich wspinaczek do stworzenia legendy lombardzkiego podjazdu pod Stelvio? Trudno przypuszczać by znalazł się taki śmiałek. Może kolarz tej klasy co Nairo Quintana, gdyby wcześniej poniósł większe straty i w ostatnim tygodniu musiał odrobić kilka ładnych minut? Trzeba by ataku na miarę śmiałej akcji Andy Schlecka na Col d’Izoard podczas osiemnastego etapu TdF z 2011 roku. Samotny śmiałek czy mała grupka górskich asów miałaby bowiem przeciwko sobie nie tylko koalicję rywali, lecz przede wszystkim niesprzyjający teren. Linia górskiej premii na Stelvio wypadnie niemal dokładnie na półmetku etapu. Do mety będzie jeszcze 69 kilometrów, z czego 25 kilometrów zjazdu do miasteczka Spondigna i dokładnie 21,5 kilometra lekko w dół doliny Venosta do podnóża finałowego podjazdu, który zacznie się w miejscowości Coldrano. O ile utrzymanie czy nawet powiększenie przewagi na zjeździe jest możliwe o tyle obrona ciężko wypracowanego zapasu w dolinie będzie zadaniem arcytrudnym. Trzeba zaś będzie sobie zostawić spory zasób sił na ostatni podjazd dnia, który choć niższy od swych poprzedników wcale nie wygląda na łatwiejszy od nich.

Val Venosta, czy może raczej Vinschgau, jak nazywa tą dolinę 97 % jej mieszkańców, z rzadka gości Giro d’Italia i zazwyczaj bywa to znajomość przelotna. Kolarze zwykli tędy śmigać jedynie w drodze na przełęcz Stelvio, względnie szwajcarską Fuorn lub w przeciwnym kierunku do Merano.

Tylko raz w tym rejonie wyznaczono metę górskiego etapu. Było to w 1995 roku na wyścigu zdominowanym przez Szwajcara Tony Romingera. Etap ten zakończył się w narciarskim kurorcie Maso Corto (Kurzras) w dolinie Val Senales, która odchodzi od Venosty w kierunku północnym na wysokości miasteczka Naturno. Wygrał go Kolumbijczyk Oliveiro Rincon, co może być dobrym prognostykiem dla Quintany, który wydaje się być głównym faworytem tegorocznego Giro. Wlot do doliny Martello znajduje się 13 kilometrów bardziej na zachód i dla odmiany dolina, którą uparcie chcą nam pokazać dyrektorzy Giro odchodzi od Venosty w kierunku południowym ku ośnieżonym szczytom Monte Cevedale.

Podjazd liczy sobie 22,3 kilometra o średnim nachyleniu 6,4 % i max. 14 % przy przewyższeniu 1422 metrów. Teoretycznie różnica w pionie wynosi 1390 metrów, lecz dzieje się tak za sprawą mini-zjazdu na ósmym kilometrze, którą to stratę wysokości trzeba będzie przecież odpracować. Dwu i pół kilometrowy odcinek na wysokości około 1200 metrów n.p.m. to zresztą nie jedyny moment na złapanie oddechu, łatwiej przez dwa kilometry zrobi się też po dotarciu na wysokość 1830 metrów n.p.m. Natomiast za najtrudniejsze odcinki tego wzniesienia uchodzić mogą fragment od połowy trzeciego do połowy siódmego kilometra oraz długi, acz nierówny segment od początku dziesiątego do początków osiemnastego kilometra podjazdu, gdzie kolarze spotkają najsroższą stromiznę. Po wspomnianym drugim wypłaszczeniu do mety zawiedzie kolarzy finałowy odcinek długości trzech kilometrów, z czego ostatnie dwa na średnim poziomie 9,1 %.

martelltal
grafiki: mg

banner