Mięso z atestem

opakowania klenbuterolu

Muuu... Jeśli chcecie spać spokojnie, to niech was ręka Boska broni (pozdrawiamy panie Ryszardzie) przed spożyciem mięsa nieznanego pochodzenia.Spytacie dlatego? To proste. Ten kto skusi się na soczysty kawałek mięsiwa z Państwa Środka czy rozległych farm Ameryki Południowej, podlany pysznym sosem z torebki instant, ten może zostać bohaterem afery dopingowej. Patrz Michael Rogers i Jonathan Breyne.

W próbkach Australijczyka i młodego Belga stwierdzono ślady clenbuterolu, środka wprawdzie zakazanego, ale nagminnie stosowanego przy tuczu bydła w Chinach czy Argentynie. Pierwszy raz wielki hałas wokół clenu zrobił się cztery lata temu, gdy przyłapano Alberto Contadora. El Pistolero tłumaczył, że substancja do jego organizmu trafiła przez pozostający na dopingu befsztyk, który spożył w trakcie wyczerpującego Tour de France. Z pewnością dobrze pamiętacie całą sytuację: Międzynarodowa Unia Kolarska chciała początkowa zatuszować sprawę,  jednak informacja wyciekła do mediów, a Contadora po ponad półtora roku od rozpoczęcia skandalu zawieszono. Na nic zdało się logiczne i racjonalne uzasadnienie Księgowego. Wszystko przez nieszczęsną krowę...

Czym jest ten clenbuterol? Czym to się je? Substancja jest bardzo ceniona na scenie kulturystycznej. Przyspiesza spalanie tłuszczu, pomagając w budowie mięsni. Wpływa również dodatnio na dotlenienie tkanki mięśniowej, przez co wyraźnie zwiększa zdolności wysiłkowe. Często środek łączony jest z EPO, niekiedy z niektórymi sterydami, co daje mieszankę wybuchową. Przedawkowanie bądź niewłaściwe dozowanie grozi jednak poważnymi konsekwencjami m.in. tachykardią. W krajach Unii Europejskiej clen został wycofany z obiegu. Chiny czy Brazylia w granicach jurysdykcyjnych EU jednak nie leżą. Róbta, co chceta, chów całkowicie podporządkowany jest wymaganiom rynku. Chcecie tanie mięso? Proszę bardzo. Jest tylko jeden haczyk – zawiera ono różne "ciekawe" substancje, ale o tym wiedzieć już nie musicie.

Clenbuterol znajduje się na czarnej liście Światowej Agencji Antydopingowej, a co gorsza nie ustalono żadnego progu, jak np. dla salbutamolu, po który sięgają zarówno „legalni”, jak i „lewi” astmatycy. Wykrycie choćby minimalnej dawki clenu traktowane jest jako  wykroczenie dopingowe. U Contadora stwierdzono zaledwie 50 pikogramów. Na razie nie wiadomo ile tego "dobra" znajdowało się w ciałach Rogersa i Breyne. Jeżeli mamy trzymać się litery prawa, to należy ich bez zbędnych ceregieli zawiesić. Jeżeli...

"Jeżeli", gdyż świat sportu zna pewną historię precedensową. W 2010 roku niemiecki pingpongista Dimitrij Owczarow przebywał na turnieju w Chinach, gdzie połakomił się na smakowite mięso. Pech chciał, że było skażone. Trzy tygodnie po tym incydencie rodzimy związek uniewinnił Owczarowa, dając wiarę jego tłumaczeniom. Aktualny mistrz Europy gościł na Dalekim Wschodzie, zajadał się mięsem, miał pozytywny rezultat. Punkt 1: w Chinach clenbuterol w hodowli stoi na porządku dziennym. Punkt 2: wykryte ilości byłe minimalne. Ergo, winę ponosi mięso, a nie sam sportowiec. Finito. Wszyscy byli zadowoleni.

W przypadku Rogersa i Breyne może być podobnie. Może, ale nie musi. Ścigali się w chińskich wyścigach, zapewne nie raz mieli możliwość zjedzenia skontaminowanego kawałka mięsa. Tak też wygląda ich tok argumentacji, w który możemy wierzyć lub nie. Co niektórzy mogą stawiać sobie pytanie: dlaczego tylko Rogers i Breyne jako jedyni okazali się pozytywni? Dlaczego nie przyłapano innych kolarzy, którzy również pałaszowali to co na talerzu? Po prostu: nie wszyscy byli badani, nie wszystkich kontrolerzy w danym dniu ich odwiedzili, nie wszyscy zostali wytypowani.

Historia Rogersa i Breyne trzyma się kupy, Mariusz Max Kolonko powiedziałby, że się „dodaje”. Jej prawdopodobieństwo potęguje choćby fakt próby popełnienia samobójstwa przez Breyne po tym, jak dowiedział się, że zostaje tymczasowo zawieszony w czynnościach kolarza. Może również zastanawiać, dlaczego ta dwójka miałaby ryzykować zabroniony środek na sam koniec długiego sezonu. Ciekawe jaką decyzję podejmą macierzyste związki kolarzy, a później ewentualnie UCI i WADA. Są dwie opcje: albo zostaną nałożone kary bezwzględnej sankcji (patrz: Contador), albo Rogers i Breyne zostaną oczyszczeni z zarzutów "zbrodni" (patrz: Owczarow).

Co począć z pozytywnymi próbkami na clenbuterol? WADA mogłaby wyznaczyć pewną dopuszczalną granicę clenu w organizmie. Ryzyko, że zwiększy się przez to środowisko etatowych doperów, jest nikłe, ponieważ tylko większa ilość preparatu gwarantuje pożądane efekty. Jeśli agencja nie jest gotowa na taki krok, to przynajmniej należy wymusić na organizatorach imprez sportowych – wszystkich, a nie tylko w Chinach –  by artykuły spożywcze serwowane atletom były po trzykroć sprawdzane. Na taki pomysł wpadł nie tak dawno dyrektor sportowy ekipy Orica Matt White.

Oczywiście, procedura atestowania mięsa wiązałaby się z większymi kosztami, ale coś za coś. Albo organizatorzy wyścigów wydadzą trochę więcej, albo po kilku tygodniach nazwy ich imprez tłustą czcionką pojawią się w nagłówkach największych gazet, w kontekście farmakologicznego wspomagania. Dla image’u wyścigu „koksowe” skandale dobrego wpływu raczej nie mają.

Aha, no i jest jeszcze jedno wyjście awaryjne, bardzo ekstremalne. Niech UCI nakaże wszystkim zawodnikom ścigać się... na warzywach. W peletonie z mniejszymi czy większymi sukcesami jeździ już zespół diabetyków, ciekawe jak poradziłaby sobie  drużyna zaprzysięgłych wegetarianów (pamiętacie Linda McCartney Racing Team?). Kilku kolarzy zdążyło się zdeklarować jako zwolennicy zielonej żywności. Ci mogą odetchnąć z ulgą, kalafiory „wzbogacone” clenbuterolem są nauce nieznane. Jeszcze nieznane...

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: