Nie dajmy się zwariować

No to się porobiło. Lance mówi, że Hein pośrednio pomagał mu w braniu koksu, przymykając na proceder oko. Hein twierdzi, że być może coś tam było, że zezwolił na wystawienie wstecznej recepty, ale tak w ogóle to o niczym nie wie i  umywa ręce. Nihil novi.

Hein „jestem święty i basta” Verbruggen czuje się  niewinny. Jest poniekąd ofiarą, którą można deptać, krytykować i pokazywać w złym świetle. Korupcja w kolarstwie? Hein! Potajemne propagowanie dopingu? Hein! Zastraszanie kolarzy? Hein! To przez Verbruggena kolarstwo straciło swój dobry wizerunek, to Verbruggen stoi za tymi wszystkimi aferami na tle nielegalnych praktyk. Gdyby nie Holender, który rządził UCI przez dwie dekady, nasz kochany sport miałby się znacznie lepiej. Hein! Hein! Hein! Niech cię szlak trafi chłopie!

Pewnie, można zrobić z Verbruggena kozła ofiarnego, co się zresztą ostatnio czyni. Wszystkie ważniejsze media kolarskie rzuciły się na tego, bądź co bądź niezwykle doświadczonego i obytego działacza, chcąc go stłamsić, wycisnąć  ostatnie soki. Wiadomo, sensacja goni sensację. Ale to nie tylko „dzięki” Heinowi znajdujemy się w tym miejscu, w którym się znajdujemy. Sporą cegiełkę, choć należałoby bardziej mówić o cegle ,a nawet sporej wielkości płycie betonowej, dołożyli sami zawodnicy. Ci wszyscy reagujący na nazwisko Landis, Hamilton, Zabel, Ullrich – przyznaję, mój ulubieniec - Basso, Petacchi czy w końcu Armstrong. Verbruggen nie sięgał po EPO czy hormon wzrostu, na ten ruch zdecydowali się właśnie oni. By spełnić swoje marzenia, osiągnąć sportowe szczyty, zdobyć majątek, by stać się pupilkami kibiców.

Wykorzystywali przy tym luki w systemie. A że otaczali się ekspertami w tej dziedzinie, wpadali dość rzadko. Michele Ferrari wyniuchał, że US Postal musi natychmiast przesiąść się z EPO na doping krwią, gdyż wynaleziono nowy, wydajniejszy i dokładniejszy test. Gdyby nie prikaz „Doktora Zło” o machinacjach w drużynie „pocztowców” dowiedzielibyśmy się znacznie wcześniej, ponieważ po kolei wpadaliby jak muchy na lep. Jedyne co można zarzucić Verbruggenowi to fakt, że nie uczynił nic, by ten permanentny stan chorobowy w peletonie zmienić. Dlaczego? Z prostego powodu, jak się wydaje: bagno, w jakie wdepnęło kolarstwo w latach 90., było już na tyle błotniste i głębokie, że każdy projekt uzdrowienia peletonu spełzłby na niczym.

Co więcej, każdy projekt musiałby być wielką rewolucją, która zniszczyłaby na dobre zawodowe ściganie, a na takowy nikt nie był gotowy. Z całą pewnością nie Verbruggen, który stworzył wielką maszynę do zarabiania pieniędzy. Za jego ery kolarstwo profi rozrosło się do tej formy, którą dobrze znamy. Restart nie przyniósłby niczego dobrego. Dobrego w sensie ekonomicznym. Reputacja? Żadna. Kibice? Odwróciliby się plecami. Sponsorzy? Jacy sponsorzy? Kto byłby tak głupi, by ładować forsę w dyscyplinę sportu, w której doping to normalka przez duże „n”? Jedynie samobójca albo biznesmen niespełna rozumu. Dlatego nie można się dziwić Verbruggenowi, że wolał pewnych rzeczy nie dostrzegać, o pewnych rzeczach nie słyszeć, o innych nie mówić. Jak te trzy małpki. Takie podejście zdawało egzamin. Fasada runęła dopiero w trakcie Grand Boucle 1998. Tour rok później miał stanowić początek nowej epoki, a nie EPOki. Gdy więc okazało się, że nowy kolarski mesjasz ma w organizmie substancję zabronioną, Hein wolał ratować nie tylko wyścig czy swój tyłek – za tym idą zainwestowane miliony – ale całe kolarstwo. Zgodził się na lipną receptę. I ugrzązł w tym kociołku kłamstw, pomówień i fałszerstw na dobre. Problem dopingu był za wielki. Pożaru nie tylko nie dało się już opanować, było już za późno na przedsięwzięcie jakichkolwiek rozsądnych działań.

Ale nie tylko Hein uległ konfrontacji z rzeczywistością. Prawdę powiedziawszy dopiero wybór Pata McQuaida na jego następcę był gwoździem do trumny. Na każdej konferencji, w każdym wywiadzie czy zwykłej rozmowie przy kawie McQuaid pięknie opisywał zalety paszportu biologicznego. Coś się ruszyło, w pierwszych latach wpadło kilku znanych zawodników. Jednak ostatnio? Niezgodności w profilach zauważane są przede wszystkim u reprezentantów Ameryki Południowej – dopingowych kopciuszków. W Europie na gorącym uczynku przyłapuje się płotki. O czym to świadczy? Broń Boże, nie wyeliminowaliśmy dopingu. Apteka na kółkach nauczyła się żyć z paszportem czy systemem ADAMS i je omijać. Parametry Fränka Schlecka, Danilo di Luki czy całej reszty były przecież ok., a jednak ich zawieszono za zakazane wspomaganie. Polityka antydopingowa UCI w teorii i na papierze wygląda ładnie, w praktyce się jednak nie sprawdza.

Również McQuaid stosował jedynie środki doraźne, brakowało mu cohones, by wykonać pełny reset. Czego się jednak spodziewaliśmy po uczniu Verbruggena? Oby Brian Cookson miał odwagę i nie padł na kolana przed wielkimi nazwiskami jak jego poprzednicy, uwikłani w dziwne konstelacje koleżeńsko-finansowe. Kontrole przeprowadzane przez niezależne instytucje, kary według jednolitego prawa, bezwzględne dyskwalifikacje. Tylko w ten sposób możemy jakoś, przynajmniej w małym zakresie, naprawić błędy przeszłości i przeć ku lepszemu. Panie Cookson, trzymamy kciuki.

Ten sam Cookson powiedział, że jest gotów porozmawiać na temat ewentualnego ułaskawienia przywoływanego już do tablicy Armstronga. Armstrong z kolei zapowiedział 100-procentową gotowość do współpracy. W styczniu był jeszcze od tego daleki, lecz kilka miesięcy temu nie wiedział, że być może zostanie skazany na 100 mln dolarów kary w pozwie złożonym przez Landisa, do którego przyłączył się amerykański rząd. Do tego dochodzą wszystkie inne drobne procesy ze sponsorami, adwokaci Lance’a starają się ugodowo załatwić wszelkie sprawy, by ich klient był jak najmniej poszkodowany. Osobiście go rozumiem. Tonący brzytwy się chwyta, żeby uratować swoje cztery litery można sypnąć dawnych kolegów. Armstrong i tak najdłużej trzymał buzię na kłódkę, swoją drogą chronił przyjaciół. I cały czas stoi murem za Ferrarim! Nie wiadomo, czy go za to potępiać, czy kręcić głową na znak uznania...

Bankrut Landis może liczyć, jeśli wygra przed sądem, nawet na 25 mln dolarów odszkodowania. Facet, który sam brał co popadnie, zostanie prawdopodobnie wynagrodzony za swoje grzechy... Hamilton zarabia na sprzedaży swojej dopingowej biografii. Wszyscy wzbogacają się na casusie Armstronga, tylko główny bohater być może pożegna się z całym majątkiem. Sytuacja komiczna, zmiana ról. Pozbawiono go wszystkich zwycięstw, skasowano z annałów kolarstwa. W pogoni za chęcią zemsty, za rzekomą sprawiedliwością, popełniono wobec samego zainteresowanego największą niesprawiedliwość.

Dla mnie Lance był, jest i pozostanie siedmiokrotnym zwycięzcą Touru, jednym z najlepszych kolarzy na tym świecie. Może i jest burakiem, aroganckim Teksańczykiem, egoistą jakich mało, lecz był niezwykłym gościem, świetnie jeżdżącym na rowerze... UCI czy ASO mogą uważać inaczej, fani na pewno też są innego zdania. Jeśli karzemy doperów, to karzmy jednoraką miarą. Lance ma wiele racji mówiąc, że pogodziłby się z zawieszeniem, gdyby takie same zasady co jego obowiązywały wobec pozostałych. Jeśli wymazujemy nazwisko Lance’a, wymażmy wszystkich innych. Zapomnijmy o Merckxie, zapomnijmy o Fignonie, Pantanim i Ullrichu. Ich nie było... A jednak byli i nadal będą.

Tak się nie da. Brudną historię kolarstwa trzeba przeanalizować, trzeba ją zbadać, nie wolno przejść nad tym do porządku dziennego. Trzeba wyciągnąć wnioski. Nie popadajmy jednak w paranoję. Causa Armstronga emocjonuje nas głównie dlatego, że większość z nas wychowała się na jego walkach z Ullrichem. Armstrong to jeszcze nie jest historia, cały czas postrzegamy go przez pryzmat teraźniejszości. Bądźmy szczerzy, mamy gdzieś, czy Anquetil lub  Thevenet coś zażywali, a przecież zażywali. Mało nas to obchodzi. Następna generacja w podobnych kategoriach będzie myśleć o „Bossie”. Nie dajmy się zwariować. Co było, to było, tego i tak nie poprawimy. Wpływ możemy mieć jedynie na to co nadejdzie. To od nas zależy, czy w przyszłości jakiś Lance 2.0 powróci na szosy. Oby nie! Miejmy nadzieję, że groźba czteroletnich kar dopingowych zadziała. Że wyścig dwóch prędkości odejdzie do zamierzchłej historii. Peleton będzie jeden, wolniejszy, lecz uczciwy. Czysty.