Armstrong rozmawia z Emmą O'Reilly, zeznaniami zatopi Verbruggena

Lance Armstrong po raz pierwszy od 13 lat spotkał się z osobą, która jako pierwsza oskarżyła go o stosowanie dopingu - byłą masażystą Emmą O'Reilly. Amerykanin od czasu dopingowej konfesji próbuje dotrzeć do osób, którym w przeszłości wyrządził krzywdy i przeprosić je.

Przy okazji rozmowy, zdyskredytowany zawodnik ujawnił kilka nowych faktów z przeszłości - potwierdzając, że to szef Międzynarodowej Unii Kolarskiej - Hein Verbruggen - sugerował zatuszowanie pozytywnego testu z 1999 roku.

Armstrong zainicjował spotkanie z O'Reilly, gdyż, jak wcześniej przyznał:

Emma jest jedną z osób, którym winien jestem przeprosiny.

Przypomnijmy, Emma O'Reilly była masażystką w ekipie US Postal. Z zespołu odeszła w 2000 roku, a w 2003 roku w książce Davida Walsha i Pierre'a Ballestera zeznała, że była świadkiem dopingowego procederu. Jak tłumaczy w zeznaniach dla Amerykańskiej Agencji Dopingowej (USADA) - po 3 latach zmieniła zdanie - kolarstwo grzęzło w dopingowych podejrzeniach coraz bardziej, a od początku lat 90. w niewyjaśnionych okolicznościach zmarło ponad 20 młodych kolarzy. Miała nadzieję, że jej zeznania przyczynią się do oczyszczenia sportu.

Armstrong odrzucił zarzuty o doping, zeznania O'Reilly dyskredytując jako rewanż za zwolnienie z pracy. Publicznie nazwał ją mającą problemy z alkoholem kobietą lekkich obyczajów i pozwał w sądzie o zniesławienie. Teraz, po 13 latach, Armstrong chciał przeprosić. O'Reilly nie była na to gotowa po jego dopingowej konfesji, gdy próbował skontaktować się ze wszystkimi, których dyskredytował i którym zniszczył życie.

O'Reilly chciała spotkania twarzą w twarz. Tak też doszło do spotkania na Florydzie, na które został zaproszony reporter "Daily Mail". Jego obecność i raport ze spotkania miały zapewnić, że fizjoterapeutka z Irlandii nie zostanie znów zasypana lawiną pytań.

Armstrong mówił o swoich zeznaniach, gdy jako gwiazda światowego formatu publicznie zdyskredytował oskarżenia byłej masażystki.

- Kiedy tak o niej powiedziałem, walczyłem o swoje pozycje. Ale to jest niewybaczalne. Wstydzę się tego. Siedziałem w sali konferencyjne, składałem zeznania, nie miałem pojęcia, że to wyjdzie poza ten pokój. Ale to mnie nie usprawiedliwia. To było totalnie upokarzające dla Emmy. I jeśli mój syn zrobiłby coś takiego, rozpętałbym wojnę w naszym domu

- opowiada.

Armstrong po raz pierwszy wypowiedział się też na temat kierownictwa Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI). Kierujący sportem przez ostatnie 22 lata duet Hein Verbruggen - Pat McQuaid od dawna oskarżany był o krycie dopingowych wpadek i inne przestępstwa. Armstrong w rozmowie z O'Reilly wyjawił, że w 1999 roku Verbruggen, ówczesny szef UCI, zachęcał ich do ukrycia pozytywnego testu na kortyzon.

- Nie jestem pewien czy test był pozytywny, ale na pewno znaleźli ślady. Nie pamiętam czy technicznie to już było za liną. Nie pamiętam kto był w pokoju, Emma ma lepszą pamięć niż ja. Ale prawdziwym kłopotem było to, że kolarstwo ledwo ciągnęło. I Hein powiedział: "To jest prawdziwy kłopot dla mnie, cios między oczy dla sportu. Rok temu była afera Festiny, musimy coś wymyślić."

No to sfałszowaliśmy receptę

- wyjaśnia, odnosząc się do słynnej afery z czasu gdy po raz pierwszy wygrał Tour de France.

Armstrong potwierdził też, że gdy powstanie odpowiednie ciało, mające rozliczyć dopingową przeszłość, pójdzie tam jako pierwszy i odpowie na wszystkie pytania.

- To zabrzmi niezwykle arogancko, ale jeśli ja nie pójdę jako pierwszy do organu, który ma prowadzić wyjaśnianie tego wszystkiego, to kto tam pójdzie? Trafiają w dziesiątkę Ci, którzy mówią, że potrzebujemy systemu, w którym 22-latek nigdy więcej nie musi dokonywać tego wyboru

- mówi. I dodaje, że jego zeznania "zatopią" Verbruggena.

- Nie myślcie, że kogokolwiek chronię, nie po tym jak mnie potraktowali. To absurd. Nikogo nie będę chronił, nie jestem lojalny wobec nich. Kiedy przyjdzie czas, przed odpowiednim forum, powiem wszystko co będą chcieli wiedzieć. Nie będę kłamał, żeby ich chronić. Nienawidzę ich, nic mnie już z nimi nie łączy

- zapowiedział, odnosząc się do byłych szefów Unii. Przypomnijmy, po wyroku USADA i dożywotniej dyskwalifikacji Armstronga, UCI przyklepała wynik, a Pat McQuaid ogłosił, że dla "Bossa" nie ma miejsca w sporcie.

- Gdyby to chodziło tylko o doping, może by mi wybaczono. Ale tu idzie o to co stało się poza ściganiem

- przyznaje Amerykanin, odnosząc się do swoich działań względem osób zarzucających mu doping w przeszłości.

Armstrong swoją chęć współpracy motywuje po części chęcią skrócenia kar, które zostały na niego nałożone. Nie ma na to wielkich szans, co ostatnio potwierdzili szefowie USADA i Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Po jego stronie stoi w tym względzie Emma O'Reilly:

- Lance dostaje po uszach za wszystkich, to nie jest w porządku. Dlaczego on dostał dożywocie, a inni 6 miesięcy? Dlaczego nie zabiorą się za właścicieli ekipy?

- pyta.

Po raz pierwszy od czasu wywiadu z Oprah Winfrey Armstrong zabrał też głos w sprawie doktora Michele Ferrariego. Włoski lekarz od ponad dwóch dekad zamieszany był w dopingowe śledztwa, został też odsunięty od pracy z zawodnikami, a za kontakty z nim grozi 6-miesięczna dyskwalifikacja.

Armstrong przyznał, że jest w kontakcie z Ferrarim i że "dba o niego". "Boss" po raz pierwszy ujawnił też więcej szczegółów. W 2000 roku Ferrari ostrzegł ich, że test na EPO jest już niemal gotowy i zabronił im stosowania w czasie Touru. Podczas Touru 2000 w koszach znaleziono opakowania substancji Actovegin. Armstrong i US Postal zaprzeczali stosowaniu zabronionego przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski środka. Ich próbki przebadano ponownie, ale śladów EPO nie znaleziono.

- Nic nie było, bo nie braliśmy EPO. Gdyby nie Michele, skończyłoby się to w 2000 roku

- wyjaśnia Armstrong, który w 2000 roku przerzucił się na stosowanie transfuzji krwi. Przypomnijmy, że test na EPO wprowadzono w 2000 roku, a pierwszym złapanym na stosowaniu tego specyfiku był Bo Hamburger.

- Jak większość zawodników, musiałem podjąć decyzję w młodym wieku. Większość z nas nie miała wykształcenia, pochodziliśmy z biednych rodzin. Wybór był prosty - brać i mieć karierę albo iść do pracy w Sturbucks.

Armstrong powiedział też, że stosował doping w Oslo w 1993 roku, gdy wygrał mistrzostwa świata.

- Czy jechałem na wodzie i snickersie? Nie

- ucina krótko, ale równocześnie przyznaje, że nie było to nic "ciężkiego".

To co brałem żeby wygrać Tour to małą część tego co brałem w 1996 roku

- wyjaśnia. Na pytanie o to, czy ilość zabronionych środków stosowana w 1996 roku wpłynęła na stan zdrowia i chorobę nowotworową, zaprzecza.

Słuszne pytanie, zadawałem je sobie. Ale odpowiedź brzmi nie. Rozmawiałem z lekarzami, nigdy nie przykuło to ich uwagi.

Armstrong będzie miał szansę podzielenia się swoją wiedzą prawdopodobnie już niedługo - nowy prezydent UCI i WADA pracują nad tym, by w 2014 roku rozpoczęła działalność Komisja Prawdy, która (przypuszczalnie) w zamian za pełne wyznanie prawdy oferowała będzie amnestię.