Giro! Vuelto! Strzeżcie się!

Coraz więcej wyścigów chce być jak Tour de France. Niczym zupa pomidorowa. Ale tak się nie da panie i panowie.

Chęć osiągnięcia statusu, jakim dysponuje Grand Boucle, jest rzeczą jak najbardziej zrozumiałą. Przecież Wielka Pętla to najważniejszy z ważnych Grand Tourów, impreza legenda, kolarski mit, monument przyciągający co roku na trasę miliony kibiców, a przed telewizorami jeszcze więcej. Ja pozwolę sobie zadać pytanie: po jakiego grzyba?

Po jakiego grzyba Vuelta a Espana oraz Giro d’Italia chcą brać przykład z organizatorów Touru w kwestii pracy medialnej oraz szeroko pojętej promocji? Kilka dni temu szef Vuelty Javier Guillen wyznał, że rozmawia z hiszpańską telewizją, by wydłużyć czas transmisji.

Tak działa przecież Tour. Telewizja pokazuje piękne obrazki, wydawałoby się, że we Francji nie ma brzydkich zakątków. Tour osiąga wyśmienitą oglądalność

– tłumaczył Guillen. Jeśli zdoła dojść do porozumienia z TV, to wcale nie jest wykluczone, że Vuelta zostanie w zamian... skrócona do dwóch tygodni. Hasło: skomasowane ściganie z wieloma eksplozywnymi ciężkimi podjazdami...

Brzmi obiecująco? Hmm, niekoniecznie. Na naszych oczach Vuelta wspaniale się rozwija, zyskuje wielu sympatyków, którzy nie mogą się doczekać przełomu sierpnia i września. Rywalizacja pod hiszpańskim słońcem jest nie tylko ciekawa, jest wręcz emocjonująca. Rampy typu hardcore, ale w granicach „ludzkich możliwości” – my to wszyscy kochamy. Góry to przecież esencja kolarstwa. Góry to historia porażek i sukcesów, narodzin nowych gwiazd i gaśnięcie starych herosów.

I chociaż Guillen obiecuje wspinania co niemiara, to z drugiej strony sygnalizuje chęć redukcji wyścigowych dni. Co nam jednak po dwutygodniowej Vuelcie? Nazwa „trzytygodniówka” obowiązuje, obojętnie czy z dwoma, czy trzema dniami przerwy. Magia Grand Tourów polega właśnie na tym, że oferuje mieszankę etapów sprinterskich, górskich, przeznaczonych dla uciekinierów czy czasówek. Jak to wszystko zmieścić w czternastu dniach? Kolarze będą bardziej zmęczeni, niż po trzytygodniowej, lecz wyważonej bitwie. Panie Guillen, niech pan zarzuci ten pomysł. Jasne, w dzisiejszych czasach, kiedy coraz to więcej wyścigów znika z kalendarza przez problemy finansowe, liczy się każdy grosz. Pieniądze rządzą, bez nich ani rusz. Jednak w pogoni za euro, dolarem czy rublem nie warto zmieniać wizerunku Vuelty, do tego Vuelty, która się odrodziła. Byłby to prawdziwy strzał w kolano.

Na podobną akcję harakiri powoli przygotowuje się też Giro. „Fight for pink” nie zostanie skrócony, ale RCS Sport w zanadrzu ma całkiem inną inicjatywę. Giro zdaje się podążać szlakiem wytyczonym przez Amaury Sport Organisation. W niedzielę Mauro Vegni, który pełni obowiązki dyrektora w miejsce Michele Acquarone, gorąco optował za startem Giro za Atlantykiem. Cel: Nowy Jork. Była też mowa np. o Szwecji. Oczywiście, dzięki takim przedsięwzięciom otwierają się nowe rynki zbytu, zainteresowanie wyścigami w innych zakątkach globu rośnie, proporcjonalnie do tego rośnie niezadowolenie i wyczerpanie bohaterów głównych. Kto raz przeżył jetlag, ten wie. Przypomnijmy, tymi bohaterami nie są elegancko ubrani moderatorzy telewizyjni, nie są balony, nie są VIP-y siedzący na trybunach głównych. Tymi bohaterami są goście jeżdżący w deszczu, w zimnie, w słońcu, w śniegu na rowerach. Dlaczego ich nikt nie zapyta o zdanie?

Już Giro w Irlandii wzbudza emocje, Giro w USA byłoby totalną bzdurą. Ciekawe, kiedy któryś z Grand Tourów zacznie się w Dubaju, bo w Emiratach Arabskich w kolarstwo ładuje się coraz większe petrodolary. Musimy poczekać, co z tego wyniknie. Mam jednak dziwne przeczucie, że nic dobrego. Kto angażuje Francisco Mancebo, ten chyba nie zna panujących realiów...

Kolarstwo – stety, niestety – stało się sportem medialnym, jak mówi Bartek Huzarski. Nie liczy się wyścig, liczy się otoczka, możliwość sprzedania imprezy. Liczy się jak największa kolumna reklamowa. Te wszystkie elementy należą do kolarstwa, bo bez nich nie byłoby sponsorów, bez sponsorów nie byłoby mamony, bez mamony nie byłoby zespołów. I tak w kółko. Zatraciliśmy w tym wyścigu po blichtr i lans gdzieś umiejętność balansu. My - znaczy się my wszyscy. Organizatorzy, media, kibice.

Co oprócz tego przyniósł nam ostatni tydzień? Wiele dobrych z naszej perspektywy wiadomości. W końcu kontrakt Poljana z Saxo Bank został oficjalnie potwierdzony, Rebellin zostaje w CCC Polsat Polkowice, do „cycków” prawdopodobnie dołączą Maciej Paterski oraz Samoilau. Szkoda Patery, bo zasłużył sobie na WorldTour, ale w jego sytuacji znajduje się wielu innych kolarzy, którzy muszą zdecydować się na krok do drugiej dywizji. Po to, by móc  gdziekolwiek się ścigać. Recesja, afery dopingowe i wieloletnia polityka UCI zrobiły swoje.

Do peletonu wraca Sylwia Kapusta-Szydłak, chociaż już jedną nogą była poza peletonem i chciała skoncentrować się na trenowaniu młodszych koleżanek. Samozaparcie Sylwii budzi wielki respekt, miejmy nadzieję, że powtórzy swoje osiągi sprzed dwóch lat. Bo jeździć na rowerze, to Sylwia umie. Oj, umie.

Apropos wspomnianej Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Zastanawialiście się, dlaczego praktycznie wszystkie ważniejsze zawody torowe 2013/14 odbędą się w Ameryce Południowej? Dwa Puchary Świata w Meksyku, do tego mistrzostwa świata w Kolumbii. Czyżby Brian Cookson musiał się odwdzięczyć za głosy w prezydenckiej kampanii? Tak czy siak, z tej informacji niezbyt ucieszył się PZKol. Wiadomo, podróż kosztuje. Sporo kosztuje.