Tour de France 1964: Epopeja Anquetila i Poulidora

Obrońca tytułu sprzed roku, czterokrotny zwycięzca Tour de France, Jacques Anquetil, stanął w lipcu 1964 przed szansą dokonania czegoś bezprecedensowego. Po raz pierwszy w ponad półwiecznej historii Wielkiej Pętli, ktoś miał szansę na wygranie tego wyścigu po raz piąty. Jednak przed startem Anquetil przyznawał, że jest przemęczony. W maju tego samego roku wygrał przecież po raz drugi Giro d'Italia. Mimo to, Francuz marzył o ustrzeleniu dubletu Giro – Tour i dorównaniu wspaniałemu Fausto Coppiemu, który dokonał tej trudnej sztuki w latach 1949 i 1952.

Organizatorzy TdF nie ułatwili jednak życia Anquetilowi. Podobnie jak w poprzednich latach, trasa została skrojona wybitnie pod górali. Doniesienia z obozu arcyrywala Jacquesa, Raymonda Poulidora, też nie mogły nastrajać pozytywnie. „Pou Pou” wydawał się być w życiowej formie, zwłaszcza jeżeli chodzi o jazdę w górach.

Kiedy peleton wjechał w Alpy, obaj główni kandydaci do zwycięstwa, przesuwali się coraz wyżej w klasyfikacji generalnej. Poulidor zaczął systematycznie atakować zmęczonego Anquetila i w pierwszej fazie alpejskich etapów zdołał nadrobić 58 sekund nad obrońcą tytułu. Trasa 8. etapu wiodła przez znane przełęcze: Col du Telegraph i Col du Galibier. Dość wcześnie zaatakował hiszpański góral, Federico Bahamontes. Samotnie pokonał dwa podjazdy i wygrał etap. 1’32” za „Orłem z Toledo” na mecie zameldował się Poulidor, który przyprowadził grupkę liderów. 17 sek. za „Pou Pou” pojawił się na mecie Anquetil, ostatecznie zajmując 8. miejsce. Poulidor przesunął się na trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej, a jego przewaga na Jacquesem Anquetilem wynosiła już 1’15”.

Podczas końcówki 9., ostatniego alpejskiego etapu, doszło do kuriozalnej sytuacji. Finisz odcinka zaplanowano w Monaco, a etap kończyła niewielka runda po uliczkach tego Księstwa. Raymond Poulidor wyskoczył z peletonu i pierwszy przejechał linię mety, która oznaczała jednak nie faktyczny koniec, a dopiero początek finalnego okrążenia. „Pou Pou” był przekonany, że wygrał etap i w triumfalnym geście uniósł ręce do góry. Okazało się, że zapomniał o ostatnim okrążeniu. Anquetil wykorzystał ten błąd i w efekcie to on wygrał etap. Poulidor, co prawda przyjechał w tym samym czasie, jednak stracił 1 minutę bonifikaty za wygraną etapową, która przypadła Jacquesowi. Jak się okaże później, ta minuta bonifikaty będzie miała zasadnicze znaczenie w końcowej klasyfikacji wyścigu.

Pech nie opuszczał Poulidora także w trakcie następnego etapu, 20,8 km czasówki z Hyeres do Tulonu. Raymond chciał za wszelką cenę utrzymać niewielką, bo tylko 15-sekundową przewagę nad Anquetilem. Na nieszczęście dla „Pou Pou”, mniej więcej w połowie trasy okazało się, że ma przebitą oponę. Zlikwidowanie usterki kosztowało jednak zawodnika wiele cennych sekund. Ostatecznie próbę czasową wygrał Anquetil, 36 sekund przed Poulidorem i przesunął się na drugie miejsce w generalce.

Po pierwszym z czterech pirenejskich etapów, zawodnicy mieli jedyny w wyścigu dzień wolny. Odpoczynek zaplanowano w górskiej Andorze. Anquetil zamiast odpoczywać, poszedł z żoną Janine na przyjęcie organizowane przez władze miasteczka. Zawodnik objadał się jagnięciną, a dziennikarze i fotoreporterzy przyłapali go niejednokrotnie z lampką wina w dłoni i papierosem w ustach.

Następnego dnia zaplanowany był trudny pirenejski 14. etap. Niedysponowany Anquetil wyraźnie odczuwał skutki przyjęcia. Jazda przychodziła mu z wielką trudnością. Widząc słabość mistrza, Poulidor i Bahamontes zaczęli nadawać bardzo mocne tempo pod przełęcz Port d’Envalira. Anquetil nie był w stanie utrzymać tempa czołówki i zaczął tracić cenne sekundy. Dyrektor sportowy Francuza, Rafeal Geminiani, zorientował się, że sprawa jest poważna i trzeba podjąć jakieś dramatyczne kroki, by zaradzić kłopotom podopiecznego. Jak głosi jedna z najbardziej znanych legend TdF, Geminiani znalazł radykalne rozwiązanie. Wyciągnął z bagażnika butelkę z szampanem, która była rzekomo zarezerwowana na ceremonię zwycięstwa w Paryżu. Zdesperowany dyrektor sportowy napełnił szampanem bidon i podał ledwo jadącemu Anquetilowi. Od tego momentu mistrz jakby odżył. Mimo, że na szczycie Envaliry Anquetil miał aż 4 minuty straty, to na zjeździe z tej przełęczy zaczął szybko odrabiać, wykorzystując swoje nieprzeciętne umiejętności jazdy na czas. W efekcie, mistrz dogonił rywali i na metę w Tuluzie Anquetil przyjechał w grupie razem z faworytami, ratując tym samym drugie miejsce w generalce.

Podczas tego samego etapu, Poulidora znów dopadł pech. W trakcie zjazdu z Envaliry w kierunku Tuluzy, jadący w czołowej 22 osobowej grupce Francuz, złamał szprychę. Szybko podjechał wóz techniczny i sprawnie wymieniono koło. To jednak nie koniec pecha „Pou Pou”. Mechanik tak pechowo popchnął Raymonda, że ten wylądował na ziemi. Poulidor stracił ponad 2 minuty i spadł w klasyfikacji generalnej. Tracił teraz do arcyrywala, Anquetila już 2’52”.

Poulidor był wściekły. Potrzebował rewanżu. Dał upust swojej złości, atakując wściekle na ostatniej przełęczy, następnego, 15. etapu, Col du Portillon. Do Luchon, „Pou Pou” przyjechał samotnie, a grupka liderów straciła do niego 1’09” (Anquetil 1’43”). Po doliczeniu 1 minuty bonifikaty za zwycięstwo etapowe, Poulidor znów wskoczył na trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej, tracąc do Anquetila jedynie 9 sek.

16. etap znów padł padł łupem „Orła z Toledo”, Bahamontesa. Anquetil i Poulidor pojechali na remis. Wszyscy szykowali się do „czasówki”. 42-kilomterowy odcinek indywidualnej jazdy na czas najszybciej pokonał Anquetil, który wyprzedził Poulidora o 37 sek. Raymonda nie opuszczał pech i znów złapał gumę. Gdyby nie to fatalne zdarzenie, byłby liderem. Tymczasem, to jego najzacieklejszy wróg, Anquetil przywdział po raz pierwszy w 1964 roku koszulkę lidera. Do Paryża zostało jedynie 6 etapów, w tym czasówka i słynny podjazd Puy de Dome.

Poulidor wciąż miał nadzieję na wygraną. Do Anquetila tracił jedynie 56 sek. Przecież był świetnym góralem, a przed nimi był etap z metą na Puy de Dome (10km – 9%, ostatnie 5km – 13%).

U podnóża decydującego szczytu uciekł hiszpański góral, Julio Jimenez. Za nim podążył Federico Bahamontes. To co działo się z tyłu, przeszło do historii kolarstwa. Upał, tłum i dwóch herosów, jadących obok siebie, ramię w ramię. Poulidor i Anquetil. Nie jechali „jeden za drugim”. Przez większa cześć podjazdu jechali obok siebie. W końcu na 1,5 km przed szczytem Anquetil zaczął odstawać…pół roweru…cały rower…dwa rowery…Poulidor podkręcił tempo. Na szczycie Anquetil stracił 42 sek. do rywala. Ocalił swoje przodownictwo w klasyfikacji generalnej o 12 sek.

Ostatni, 22. etap był zwyczajowo podzielony na dwa odcinki. Ostatnią odsłoną wyścigu była jazda na czas z Wersalu do Paryża. Etap odbywał się 14. lipca, a więc w Święto Narodowe Francji. Nikt nie pozostawał obojętny. Naród podzielił się na dwie części. Jedni kibicowali Anquetilowi, inni Poulidorowi.

Ku zdziwieniu wszystkich, na pierwszym pomiarze czasu, góral Poulidor zanotował lepszy czas niż czasowiec Anquetil. Ten jednak w drugiej części etapu przyspieszył i ostatecznie wygrał czasówkę i cały wyścig o 55 sekund.

W ten sposób Anquetil wygrał swój piąty Tour de France, a cała Francja podzieliła się na dwa obozy. Anquetil i Poulidor. Naukowcy pisali rozprawy, poeci wiersze o tej wielkiej rywalizacji. A przecież to tylko dwóch panów, którzy chcieli być pierwszymi na mecie.