Spowiedź Manzano - część pierwsza

Jesus Manzano, zawodnik Kelme w latach 2000-2003, w wywiadzie dla dziennika AS opowiedział o praktykach dopingowych stosowanych z zespole. Manzano pozostaje do dzisiaj bez kontraktu, po tym jak został wyrzucony z Kelme podczas Vulety 2003 za spędzenie nocy w ramionach kobiety.

Według Manzano, który nie ukrywa że chce się odegrać na byłym pracodawcy, z zespole stosowano przetaczanie krwi by utrzymać kolarzy "w zdrowiu" podczas sezonu. Przed Tour de France pobrano od niego litr krwi, przygotowując z tego dwie 500 ml porcje.

Manzano mówi:

- Wydawało mi się dziwne pozostawienie krwi w plastikowym opakowaniu bez jakiegokolwiek jej oznaczenia, tym bardziej, że pobierano ją nie tylko ode mnie. Krew należy oznaczyć i złożyć w banku krwi. Jesteśmy ludźmi, nie psami, należy nam się odpowiednie traktowanie. Zrozumiałem wówczas, że należy upewnić się czyja to krew, przed zwrotnym przetoczeniem.

Manzano przed startem Touru zapłacił 3 tysiące € na pokrycie "leczenia" i przypuszcza że to samo uczynili inni zawodnicy. Jako, że Kelme słabo wypadło w wyścigu zarobione pieniądze nie pokryły wyłożonej przed startem kwoty, wypadło tylko 811 € na każdego zawodnika.

25-kolarz opisał pierwszą część zeszłorocznego Touru jako "normalną", jednak sprawy całkowicie uległy zmianie podczas siódmego etapu.

- To był pierwszy górski etap

- mówi

- i rano oni przetestowali substancję, z którą nie miałem do czynienia. Stosowało ją się w stosunku do wagi ciała i wstrzykiwało bezpośrednio do żyły. Dzięki niej hematokryt utrzymywał się na niskim poziomie, ale wzrastał poziom hemoglobiny.

Rano wstrzyknęli mi 50 ml tego środka. Przed startem w miasteczku startowym rozmawiałem ze swoją dziewczyną. 'Przygotuj się, wiem że dzisiaj dobrze pojadę' - powiedziałem jej. Czułem się jak ptak.

Podczas etapu na pierwszej górskiej premii Col des Portes (kat. 2) Manzano zaatakował próbując doścignąć jadących z przodu Bettiniego, Aldaga, Claina i Poilveta. Z Hiszpanem kręcił Virenque, który jednak mu nie pomagał, gdyż w pierwszej grupie znajdował się jego kolega z grupy, Bettini.

- Po trzech kilometrach wspinaczki: zacząłem mieć zawroty głowy, to było mi zimno to gorącą, ale przede wszystkim zimno. Pomimo gorącego lipca zacząłem dygotać i czuć się dziwnie. Virenque popatrzył na mnie i zaatakował. Przejechałem jeszcze pół kilometra, do zakrętu. Było tak gorąco, że topił się asfalt... Jedyną rzeczą jaką pamiętam było to iż nie mogłem utrzymać już dłużej równowagi, wywróciłem się, zostałem ściągnięty z trasy.

W karetce Manzano dostał zastrzyk, wykonano elektrokardiogram.

- Czułem się dziwnie, jak gdyby spuchł mój język, miałem trudności z oddychaniem. Gdyby wywiercili dziurę w moim gardle, dziękowałbym im wówczas. Kiedy wróciłem do hotelu kazano mi spotkać się z mediami by wyjaśnić co się stało. Ale moje problemy nie były spowodowane słońcem, jak niektórzy mówili.

Zawodnik uważa, że substancja którą wstrzyknięto mu przed etapem spowodowała odwodnienie, które mało a nie skończyło się katastrofą. Po Tourze Manzano popadł w depresję, zaczął się bać, stracił motywację do ścigania. Dowiedział się, że ma pojechać w wyścigu dookoła Portugalii.

- Nie wiem czy jeszcze będę się kiedykolwiek ścigał

- powiedział swojemu dyrektorowi sportowemu.

- Nie pojedziesz w tym roku to nie wystartujesz i w następnym

- usłyszał w odpowiedzi.

- Człowieku, jeżeli nie chcę się ścigać teraz, dlaczego miałbym zechcieć w przyszłości

- replikował Manzano.

Niedługo po powrocie z Francji do domu kolarz został wezwany do Walencji, gdzie asystent lekarza Kelme miał mu przetoczyć pobraną wcześniej krew.

- Pojechałem, gdybym tego nie zrobił oskarżony zostałbym o brak dyscypliny, gdyż nie słucham sztabu medycznego. Lekarz zespołu ma wielką władzę, jeżeli dyrektora zespołu uznać królem Hiszpanii, doktor jest jego pierwszym ministrem.

Nie było na niej żadnej informacji... to mogła być krew Pepito Floresa - mówi kolarz o krwi, którą wstrzyknięto mu wówczas. Zacząłem się czuć bardzo, bardzo źle. Zimno, dreszcze, nie pomagały nawet koce, czułem że jest zimniej niż na biegunie północnym.

Gdybym otrzymał całe pół litra wróciłbym w sosnowej skrzyni - mówi dalej Manzano. To było 125-175 lm i wystarczyło... Zrozumiałem, że to jest krew przywieziona z Touru i nie była właściwie przechowywana.

Mimo złego samopoczucia Manzano pojechał na dworzec, skąd chciał wrócić do Madrytu. Czuł się bardzo źle. Konduktor na prośbę mojej dziewczyny wyłączył klimatyzację w wagonie. Osoba siedząca na przeciw mnie powiedziała:

- 'Ten chłopak nie dojedzie do Madrytu, wcześniej umrze'.

Pociąg nie ruszył za nim nie wysiadłem. Menedżer Kelme wezwał lekarza. Wzięli mnie na ramiona i zanieśli do szpitala.