Grzegorz Gronkiewicz: nie wierzył, ale wygrał

Kiedy przed startem do niedzielnego wyścigu o mistrzostwo Polski zapytałem go, czy będzie miał dzisiaj medal, z drwiącym uśmiechem odparł: No chyba jak sobie wyrzeźbię. Kilka godzin później 37-letni kolarz sosnowieckiego Weltouru, Grzegorz Gronkiewicz, nałożył biało-czerwoną koszulkę z orłem na piersi.

W tym roku kolarze walczyli o medale mistrzostw Polski w Częstochowie. W tym mieście urodził się, wychował i nadal mieszka Grzegorz Gronkiewicz. 37-letni kolarz Weltouru doskonale pamięta wydarzenia z czerwca 1984 roku, kiedy po raz ostatni zawodnicy rywalizowali w jego rodzinnym mieście w krajowym czempionacie.

- Byłem wtedy juniorem Kolejarza. Bardzo pasjonowały mnie te wyścigi. Obserwowałem moich starszych kolegów na ulicach miasta, jeździłem także na środek pętli do Mstowa. Pamiętam jak dziś, jak na ostatnich metrach Lechosław Michalak wyprzedził Andrzeja Mierzejewskiego - opowiada. - Już wtedy marzył mi się medal - dodaje.

Dlaczego mierzący ponad 190 cm Gronkiewicz wybrał właśnie kolarstwo?

- To od zawsze była moja ulubiona dyscyplina sportu. Pamiętam jak pod koniec lat 70., po transmisjach z Wyścigu Pokoju, z kolegami rozgrywaliśmy kapslami na ulicy własne etapy - wspomina.

Do sekcji kolarskiej zapisał się w 1979 roku. To było w ósmej klasie podstawówki. - Pamiętam, że z kolegą, którego brat jeździł w klubie, mieliśmy się zapisać już w szóstej klasie, ale jakoś brakowało nam śmiałości - zdradza.

Trafił do grupy szkolonej przez Mirosława Bartolewskiego, który prowadził go przez pierwsze trzy lata.

- Wiele mu zawdzięczam. Przede wszystkim to, że przy nim nie zniechęciłem się do kolarstwa, bo nie byłem jakimś specjalnym talentem. Pamiętam, że kiedy przyjeżdżałem z wyścigów a mama pytała mnie o wyniki zwykle odpowiadałem jej, że przyjechałem w grupie. Mówiłem to tak często, że po pewnym czasie mama podśmiewała się ze mnie. "I co? Znowu w grupie?!" - pytała kiedy wracałem z wyścigu - opowiada.

Gronkiewicz pierwsze sukcesy osiągnął w wieku juniora. - Od tego momentu przez następnych 9 lat trenowałem u Leszka Jakucia. Jemu zawdzięczam najwięcej. Zresztą do tej pory mi pomaga - dodaje.

Do 32 roku życia Gronkiewicz ścigał się w częstochowskich klubach: Kolejarzu, Zibi-Casio i Scoucie. Pierwszy zawodowy kontrakt - z grupą MAT Ceresit CCC - podpisał jednak dopiero w 2000 roku w wieku 35 lat.

- Byłem chyba najstarszym zawodnikiem na świecie, który został zawodowcem - żartuje. - Ale wcześniej w Polsce była tylko jedna grupa Mróz i nie wszyscy mogli w niej jeździć - dodaje.

W 2001 roku związał się z sosnowieckim Weltourem, którego barwy wciąż reprezentuje. - Menadżer Jan Gil stworzył nam doskonałe warunki do ścigania się. I co najważniejsze: w tym klubie nie ma wielkiej presji na wyniki - podkreśla.

Gronkiewicz nie jest w stanie podać dokładnej liczby swoich zwycięstw w 23-letniej karierze. - Na pewno wygrałem powyżej stu wyścigów: od tych o "czapkę gruszek" po etapy na Tour de Pologne. Jak byłem młodszy to nie miałem problemów z ich liczeniem. Ale potem się pogubiłem - śmieje się.

Do niedzieli nie miał jednak żadnego medalu w najważniejszej krajowej imprezie - mistrzostwach Polski.

- Przyznam, że bardzo chciałbym wreszcie stanąć na podium. Najlepiej oczywiście na najwyższym stopniu. Miejscem w "10" będę rozczarowany. Już rok temu specjalnie szykowałem się na mistrzostwa w Łazach, bo przecież ich organizatorem był Weltour. Jednak trzy tygodnie przed imprezą skręciłem nogę w kolanie i zamiast szlifować formę jeździłem na zabiegi. Mam nadzieję, że teraz podobne nieszczęście mi się nie przydarzy - powiedział prawie trzy miesiące temu.

W tym roku kontuzje omijały Gronkiewicza, ale on sam strasznie denerwował się przed startem.

- To trwało niemal cały tydzień. Doszło do tego, że dzień przed wyścigiem na treningu przejechałem tylko 15 km, bo więcej nie byłem w stanie. W nocy prawie w ogóle nie mogłem usnąć. Miałem świadomość, że startuję w swoim rodzinnym mieście i nie mogę zawieść moich kibiców - tłumaczy.

I od razu dodaje, że woli właśnie taki przedstartowy stres, bo z reguły potem wszystko dobrze się kończy. - Kiedy do końca nie jestem pewien swojej dyspozycji, jadę z głową i nie pozwalam sobie na jakieś dzikie harce - dodaje. Gronkiewicz był zaliczany do grona faworytów.

- Chciałem wygrać, ale nie bardzo w to wierzyłem - przyznaje.

W niedzielę dużym atutem Gronkiewicza była znajomość trasy i jej profil. - Doskonale znam rundę, na której będziemy się ścigać o tytuł. Zwykle tam właśnie trenuję. Trasa bardzo mi odpowiada: w dużej części prowadzi wąskimi uliczkami, teren jest tylko lekko pofałdowany, jest za też dużo zakrętów - opisywał.

Wyścig także ułożył się po jego myśli. Po raz pierwszy od dawna w wyścigu o mistrzostwo Polski na metę przyjechał cały peleton, co znacząco zwiększyło szanse na zwycięstwo sprinterów. Gronkiewicz jako trzeci wjechał w ostatni zakręt, ale ostatniej, 200-metrowej prostej wyprzedził wszystkich rywali.

Z Krzysztofem Jeżowskim wygrał - jak sam później przyznał - o błysk szprychy. Kolarz Weltouru długo nie mógł uwierzyć w to, co się stało. - To nieprawdopodobne - kręcił głową przyjmując gratulacje od innych kolarzy zaraz po minięciu mety. Potem utonął w objęciach rodziny i kibiców, którzy kilkanaście razy podrzucili go w górę. Kilka minut później, ze łzami w oczach, ubrał biało-czerwoną koszulkę z orłem na piersi.

Jak czuje się w nowej sytuacji? - Jeszcze do końca to do mnie nie dotarło. Czuję wielką satysfakcję. Opłaciło się przejechać te tysiące kilometrów. Warto było poświęcić się kolarstwu dla tak wspaniałych chwil - podkreśla najstarszy zawodnik niedzielnego wyścigu i prawdopodobnie najstarszy mistrz Polski w historii.

- Biało-czerwona koszulka na pewno zobowiązuje. Teraz będę musiał jeździć z przodu zamiast z tyłu - żartuje.

Wczoraj rano przez ponad dwie godziny jadł śniadanie.

- Odebrałem mnóstwo telefonów. Gratulował mi nawet producent teleturnieju "Poszukiwacze skarbów", który wygrałem pod koniec ubiegłego roku. Chyba tylko prezes PZKol. Wojciech Walkiewicz nie cieszy się z mojego zwycięstwa, a on prawdopodobnie zadecyduje o tym, kto pojedzie na jesienne mistrzostwa świata do Belgii - przyznaje.

- Mam jednak nadzieję, że będę brany pod uwagę przy ustalaniu kadry na tę imprezę. Zwłaszcza, że trasa nie jest trudna, a ja teraz pokazałem, że potrafię się do takich imprez przygotować - dodaje.

Gronkiewicz już od kilku lat zapowiadał koniec kariery. - Dla kolarza powyżej 35 roku życia każdy następny sezon jest ponad program - przyznał niedawno.

Po zdobyciu mistrzostwa Polski nie zamierza jednak zakończyć jazdy w zawodowym peletonie.

- Załatwiłem się na amen. Teraz chcąc nie chcąc muszę jeździć jeszcze rok - śmieje się. Ale z drugiej strony, jak tak dalej będzie mi szło, to może będę jeździć do 45 roku życia - dodaje.

I bardzo dobrze. Bo ludziom związanym z kolarstwem trudno wyobrazić sobie sytuację, kiedy na trasie zabrakłoby największego gaduły i duszy kolarskiego peletonu.

Grzegorz Kaczmarzyk